
Co roku, w okolicach świąt Bożego Narodzenia, na sceny światowych teatrów powraca ponadczasowy balet „Dziadek do orzechów”. Tym razem przywędrował też na polskie wybiegi za sprawą pokazu najnowszej kolekcji Dawida Wolińskiego, która miała swoją premierę 17 grudnia.
REKLAMA
Nastrój był iście świąteczny. Za oknem śnieżna zamieć. Gościom oczekującym na pokaz wtórowała bożonarodzeniowa muzyka, a na liście hitów nie zabrakło oczywiście amerykańskich kolęd i szlagierów takich jak „Last Christmas”, czy „Let It Snow”. Na pokaz kolekcji trzeba było trochę poczekać, także zapoznanie się z całym świątecznym repertuarem było nieuniknione. Nie żeby to była jakaś nowość, bo pokazy nigdy nie odbywają się punktualnie. Gwiazdy muszą dotrzeć na miejsce, potem przychodzi kolej na zdjęcia na ściankach prasowych, a następnie znalezienie swojego miejsca na widowni. Chcąc nie chcąc, nie obyło się bez lekkiego zniecierpliwienia w oczekiwaniu na modowe show. Kiedy już zgasły światła, z ciemności wyłonili się bębniarze wystylizowani na ołowianych żołnierzyków, baletnica tańcząca w złotej pozytywce, a po chwili na wybiegu pojawiły się modelki.
Wzorem baletu mającego dwa akty, pokaz kolekcji został podzielony na dwie części. W pierwszej zaprezentowano projekty w znacznie spokojniejszej kolorystyce, w drugiej pojawiły się typowo sylwestrowe propozycje (w tym cekinowe i mieniące się od czarnego brokatu kreacje).
Dawid Woliński zaproponował nam szeroki wybór krojów i fasonów w kolorystyce czerni, szarości, pasteli oraz odcieni złota i srebra. Wśród materiałów pojawiły się szyfony, futro oraz skóra. Dominowały dziewczęce fasony takie jak sukienki na kole. Nie zabrakło kobiecych, zwiewnych kreacji do ziemi, asymetrycznych krojów, przezroczystości oraz charakterystycznych dla stylu projektanta głębokich dekoltów i seksownych rozcięć. Sukienki bez względu na to, czy były ze zwiewnych materiałów, czy ze skóry, układały się bardzo dobrze, a sam pomysł z usztywnieniem szerokich dołów spódnic uważam za strzał w dziesiątkę. Dzięki temu materiały sprawiały wrażenie delikatnie unoszących się w powietrzu.
Czytaj również: „Czas Cyganów”, czyli przedstawienia akt czwarty. Relacja z pokazu najnowszej kolekcji Roberta Kupisza
Atmosferze pokazu z pewnością nie można odmówić baśniowości, choć przejawiała się ona bardziej w muzyce i scenografii, niż w samych stylizacjach. Minimalizm form oraz oszczędne dodatki nie kojarzą się raczej z baśniowym przepychem ( jedynie delikatne dziewczęce falbanki i sukienki na kole realizują tę estetykę). Zrezygnowałabym z pomysłu woalki. Rozumiem, że był szał na czapki od Jil Sander, a siatka na oczach była ostatnimi czasy absolutnym hitem sezonu. Taki detal sam w sobie był dość banalny, a użycie go przy stylizacjach, jak dla mnie, nieuzasadnione. Nie będziemy się jednak skupiać na tego typu detalach, bo cała kolekcja mimo swojej różnorodności była spójna i konsekwentna.
Niestety, nie obyło się bez rozczarowań. Gorsetowe sukienki na kole, z luźnym przodem sprawiały wrażenie za dużych (wiem, że nie była to kwestia złego rozmiaru, tylko urok fasonu). Zamknięcie pokazu szarą sukienką-syrenką z transparentnym ogonem również nie należało do najlepszych rozwiązań. Dekolt-woda i „syreni dół” to dla mnie trochę za dużo jak na jedną kreację. Jak wiemy, każda baśń ma zazwyczaj szczęśliwe zakończenie, a w tej niestety takiego zabrakło.
W porównaniu do zeszłorocznej kolekcji, było znacznie gorzej. Może to przez brak męskich sylwetek, które w ubiegłym sezonie były najmocniejszym punktem kolekcji. Być może też przez to, że w zeszłym roku nie było żadnych wpadek. Co więcej, był to kawał bardzo dobrej mody.
W porównaniu do zeszłorocznej kolekcji, było znacznie gorzej. Może to przez brak męskich sylwetek, które w ubiegłym sezonie były najmocniejszym punktem kolekcji. Być może też przez to, że w zeszłym roku nie było żadnych wpadek. Co więcej, był to kawał bardzo dobrej mody.
Podsumowując aktualny sezon – nie było „Dziadka do orzechów”, był za to twardy orzech do zgryzienia.