Podczas skoku na bungee w Gdyni oberwała się lina. Sąd skazał instruktora
Podczas skoku na bungee w Gdyni oberwała się lina. Sąd skazał instruktora Worldwide.Modern.Technology

Wypadek na bungee miał miejsce w lipcu 2019 roku. 39-latek skoczył, ale zamiast po wszystkim zawisnąć w powietrzu, spadł na skokochron, doznając licznych złamań kręgosłupa i wstrząśnienia mózgu. Okazało się, że w czasie jego skoku urwała się lina, która już wcześniej była uszkodzona. Instruktor skoków został właśnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata.

REKLAMA
  • Do groźnego wypadku doszło w roku 2019, 39-latek spadł z kilkunastu metrów na skokochron, bo lina od bungee pękła
  • W związku z wypadkiem w Gdyni skazany za błąd został instruktor
  • Sąd wskazał, że zaniechana przez instruktora została kontrola liny
  • Instruktor skazany na rok więzienia

    Do wypadku doszło dokładnie 21 lipca roku 2019. 39-letni wówczas mężczyzna wyskoczył z kosza na wysięgniku żurawia, który był umiejscowiony w parku Rady Europy w Gdyni.

    Mężczyzna leciał głową w dół, w momencie naprężenia liny nie zawisł w powietrzu, a spadł na skokochron, czyli poduszkę umieszczoną pod żurawiem, z wysokości kilkunastu metrów. Wszystko widać na nagraniu, które trafiło do internetu i było żywo komentowane. Dziś jest już ono niedostępne.

    W sprawie został oskarżony 55-letni instruktor skoków. Prokuratura uznała, że nieumyślnie naraził on na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu osiem osób. Do zarzutów doliczono bowiem osoby, które tego dnia skakały na bungee i które zabezpieczała ta sama lina.

    Wyrok zapadł w środę 28 grudnia 2022 r. Sąd uznał, że zaniechana przez instruktora została kontrola liny, dlatego usłyszał on wyrok skazujący. - Biegli wskazali w opinii, że uszkodzenia liny, które finalnie skutkowały jej przerwaniem, musiały istnieć i być widoczne co najmniej po oddaniu skoku poprzedzającego - powiedział sędzia Maciej Potyrała, cytowany przez tvn24.pl.

    Biegli postawili zgodną tezę, według której uszkodzenia musiały powstać już wcześniej, nie mogli oni jednak wskazać, kiedy dokładnie zaczęły one stanowić zagrożenie dla innych osób, biorących udział w atrakcji. Instruktor został skazany na rok więzienia, w zawieszeniu na trzy lata. Wyrok nie jest prawomocny, oskarżonego ani jego pełnomocnika nie było na sali rozpraw. 

    Firma nie założyła jednej uprzęży?

    Jak w 2019 roku informowaliśmy w naTemat.pl, 39-latek miał obrażenia kręgosłupa szyjnego i pękniętą śledzionę. W wydychanym powietrzu mężczyzna miał prawie promil alkoholu.

    Przedstawiciele Bungeeclubu informowali w pierwszym oświadczeniu po wypadku, że pracownik operatora był przy skoczku także w szpitalu. Gdy opuszczał placówkę, mężczyzna był w stanie dobrym. Firma wyjaśniała nawet, że dzięki ich zabezpieczeniom mężczyzna nie ucierpiał bardziej. "Organizujemy skoki bungee od 19 lat - to długi okres i ogromna ilość dobrze, i bezpiecznie przeprowadzonych skoków. Nie zapominajcie o tym. Posiadanie zezwoleń i atestów jest faktem, a nie wpisem na internecie. (...) Jako jedyni używamy ORYGINALNEGO SKOKOCHRONU - i jest to prawdą. Inne firmy stosują różnego rodzaju "poduszki", których rozmiar i zastosowanie różni się od oryginału" – oświadczała.

    Doświadczony instruktor skoków na bungee Bogdan Kopka mówił jednak w rozmowie z dziennikarką naTemat.pl Anetą Olender, że firma nie używała uprzęży górnej, która jest głównym zabezpieczeniem przy skokach. Sugerował, że rezygnacja z niej oszczędza czas, na czym mogło zależeć firmie, która tym samym stawiałaby zyski ponad bezpieczeństwo klientów.