Fot. Archiwum prywatne autorki

Kasia, patrząc na życie swoich rodziców z perspektywy czasu, mówi o "dzieciakach, które bawiły się w dom". Z kolei gdyby Janusz poszedł śladami mamy, w swoim wieku już dawno miałby drugą żonę i pełnoletnie dziecko. Jeśli Magda miałaby coś powiedzieć swoim rodzicom, powiedziałaby: "nie spieszcie się tak". Marta mówi: "dziękuję". Zapytaliśmy pokolenie 20 i 30-latków, w czym ich życie różni się od tego, które w tym wieku toczyli ich rodzice.

REKLAMA

Pamiętam z młodości historię rodziców mojej przyjaciółki. Mama zaszła w ciążę, a że jednemu z partnerów brakowało kilku miesięcy do pełnoletności, trzeba było formalnie załatwić zgodę na ślub. Mówiło się o tym wtedy, że trzeba było "dokupić lat". Wtedy bawiło mnie sformułowanie o "kupnie" wieku. Dzisiaj absurdem wydaje się to, że przez ciążę trzeba było stawać na głowie, żeby zorganizować ceremonię "na już". Identyczna historia zresztą ułożyła życie rodzicom Kasi.

Zabawa w dom

32-latka mówi, że gdyby miała dziś porównać życie rodziców do swojego, na pierwszy rzut oka wypada blado. – W moim wieku, moi rodzice mieli ślub, dzieci, mieszkanie, prawo jazdy, auto, oszczędności i pracę. Ja z tego wszystkiego mam dzisiaj tylko pracę. I chociaż w porównaniu z rodzicami w ogóle nie jestem "ogarnięta", to czuję się o wiele dojrzalsza, niż oni w moim wieku – ocenia.

Ciąża, którą ostatecznie mama Kasi poroniła, zmusiła rodziców do małżeństwa. Nie było ważne, że przed "ciążowym incydentem" związek trwał bardzo krótko i toczył się na wysokim poziomie emocji. Potem była kolejna ciąża, już zakończona szczęśliwie, a dzieckiem była właśnie Kasia. W międzyczasie jednak zakochanie minęło i nie było już tak cukierkowo. Chwilę później pojawiło się drugie dziecko, czyli siostra Kasi, która miała "uratować małżeństwo". (Że to się nie sprawdza pisaliśmy tutaj.)

Kiedy patrzę na historię moich rodziców z boku, łapię się za głowę. Byli młodymi ludźmi, którzy mogli sobie ułożyć życie, ale przez standardy i oczekiwania społeczne je sobie spieprzyli. Mając 32 lata byli po rozwodzie i czuli się tak staro, że żadne z nich nie wyobrażało sobie dopiero wtedy układać życia. Ja jestem przekonana, że wszystko jeszcze przede mną.

Kasia

32 lata

Jak tłumaczy Kasia, zupełnie nie ma poczucia, żeby wielka miłość, rodzina i dzieci nie były jeszcze w jej zasięgu.

Dekadę w tył, względem pokolenia rodziców

Historia Kasi i jej rodziny to tylko jeden z wielu przykładów, z których można chałupniczo wyliczyć, że w XXI wieku jesteśmy cofnięci względem pokolenia naszych rodziców o jakieś dziesięć lat. O tym, że w tym czasie robimy jednak nie krok wstecz, lecz potężny skok w przód, przekonuje Magda.

Moi rodzice poznali się, gdy mieli 12 lat. Od początku byli parą, co zaprowadziło ich przed ołtarz w wieku 20 lat. Nie zmusiła ich do tego ciąża, ale do ściany przycisnęła trochę sytuacja związana z pracą. Gdyby nie wzięli ślubu, nie dostaliby pracowniczego mieszkania. Tak więc ślub, który planowany był na bliżej nieokreśloną przyszłość, przydarzył się znacznie wcześniej. Pojawiły się dzieci, przez które mama nigdy nie poszła na studia, o co miała do taty żal przez całe życie. Jego zresztą też ta sytuacja mocno ograniczyła. Z króla imprezy zrobił się z niego smutny pantofel, który był sobą wyłącznie wtedy, gdy wyrywał się z domu na zabawę.

Magda

31 lat

Jak twierdzi Magda, to nie tak, że jej rodzice nie mogli być razem szczęśliwi. Jest przekonana, że nie wzięliby rozwodu nawet wówczas, gdyby nie hamowały ich katolickie poglądy. Do prawdziwego szczęścia jednak brakło im kilku lat swobody, których sobie wzajemnie nie dali.

Gdyby mama poszła na te studia, nie miałaby kompleksów, które rujnowały jej życie. Nie dlatego, że ktoś jej to wypominał. Sama bardzo tego chciała. To było jej niespełnione marzenie, które zawsze wyciągała przy okazji "poświęcania się dla nas". Z kolei tato został mężem i ojcem w okresie, w którym powinien zaliczać najbardziej epickie imprezy. Może gdyby doszedł do momentu, w którym sam postanowiłby, że to jest czas na coś innego niż niekończący się melanż, w małżeństwie byłby dojrzalszy.

Magda

31 lat

Jako podparcie swojej refleksji Magda przywołuje własną historię. Kiedy miała 20 lat, spełniała niespełnione marzenia ojca. Piła, imprezowała, jeździła na festiwale i korzystała z młodości. Studiowała byle zaliczyć i pracowała, żeby móc imprezować. Stroniła od związków i zobowiązań. Do czasu.

Przyszedł moment, w którym poczuła, że jej się przejadło. Zamiast niekończących się wakacji i wiecznego kaca, potrzebowała związku i porządnej pracy.

Poznając przyszłego męża, miałam 24 lata. Tyle, ile moim rodzicom zajęłoby skończenie studiów. Dziś mam 32, od sześciu lat jestem mężatką, mam dwoje dzieci i mieszkanie. Jestem dokładnie w tym samym miejscu, w którym byli moi rodzice, tylko dzieci są o osiem lat młodsze niż moje rodzeństwo, gdy rodzice byli w moim wieku. Jestem przekonana, że nic nie straciłam. Z pewnością wiele zyskałam.

Magda

31 lat

Podobnie było z młodością rodziców Janusza, którzy również wystartowali bardzo szybko. Ta historia jest zresztą kolejnym dowodem na to, dlaczego starsze pokolenie myśli o dzisiejszych 20 i 30-latkach jak o dzieciach.

– Kiedy w wieku 18 lat robiłem sobie maturkę i myślałem, na jakich studiach przebimbać kolejne pięć lat, moja mama mnie rodziła – zaczyna.

Trzy lata później, przed Bożym Narodzeniem zabrała się ze mną i moim dwa lata młodszym bratem do Szwajcarii, do ojca. Leciała najpierw do Austrii, a w Wigilię dowiedziała się, że nikt w Wiedniu nie będzie na nią czekał. Tułając się z dwoma dzieciakami, nie znając języka i nie wiedząc, co robić, przedostawała się przez zieloną granicę. Udało się z pomocą postronnych ludzi, dzięki którym zostaliśmy uchodźcami w Szwajcarii. Będąc w tym samym wieku, ja oblałem gramatykę historyczną, przez co musiałem powtarzać rok i trochę popracować w telemarketingu. To jednak wcale nie wpłynęło na moją frekwencję na piwnych wtorkach w klubie Remont.

Janusz

36 lat

Mama Janusza rozwiodła się w wieku 28 lat. Mając 30, lat wzięła drugi ślub. Mając 43 lata, rozwiodła się ponownie. – Idąc jej śladem, w wieku, w którym jestem teraz, od sześciu lat powinienem mieć już drugą żonę – śmieje się 36-latek.

Odwrót o 180 stopni

Marta ma 35 lat. Kiedy jej rodzice byli w tym wieku, mama pracowała na cały etat i opiekowała się dwiema córkami.

Można powiedzieć, że przez wiele lat wychowywała nas praktycznie sama, bo tato był marynarzem i wypływał w rejsy, które średnio trwały po dziewięć miesięcy. Jestem pełna podziwu dla niej, że była w stanie tak to wszystko ogarnąć. Nawet z siostrą nie odczuwałyśmy braku taty. Z jednej strony cały czas pisaliśmy do siebie listy, jak weszły telefony, to dzwoniliśmy, a do tego w domu zawsze ktoś był. Przychodzili wujkowie i ciocie, co wynikało z tego, że mama musiała organizować sobie pomoc. My z siostrą odczuwałyśmy to jednak zupełnie inaczej – jako przyjazny dom pełen ludzi, w którym zawsze było posprzatane i pachniało obiadem.

Marta

35 lat

Tymczasem Marta mówi o sobie, że jest karierowiczką. Ma męża, ale nie ma i nie planuje dzieci. Skupia się na pracy zawodowej, ma szereg pasji, w tym prowadzi kanał kulinarny w mediach społecznościowych i uprawia sport. Jak wyjaśnia, kompletnie nie czuje, żeby rodzicom przeszkadzało to, że wybrała inną drogę.

Rodzice zawsze dawali mi przestrzeń do podejmowania własnych decyzji. Miałam luz i swobodę. Mogłam jeździć na obozy, spróbować skrzypiec w szkole muzycznej, a jak się nie udało, to pozwoili dalej szukać siebie. Idąc na maturę głowiłam się "co to będzie jak nie zdam". Usłyszałam na to od mamy: "To nie zdasz. Nic się nie stanie z tego powodu." Kiedy podjęłam decyzję, że rzucam studia, zapłakana i zadzwoniłam do rodziców, ułyszałam: "Spokojnie. To tylko studia."

Marta

35 lat

Jak tłumaczy Marta, to właśnie takie podejście doprowadziło ją do bycia świadomym i spełnionym człowiekiem, bez konieczności realizowania standardów, w które ona się nie wpisuje. – Nie jest dla mnie ważne, że nie mam dzieci. Jestem spełniona i to mi wystarczy – wyjaśnia.

Starzy w środku i na zewnątrz

Dowodów na to, że dzisiejsi 30-latkowie to młodsi mentalnie ludzie niż 30-latkowie z lat 90., szukać można, chociażby na zdjęciach.

– Kiedy mój tato miał 37 lat, czyli tyle ile ja teraz, nosił wąchola na Lecha Wałęsę i flanelową koszulę, spod której wystawał mu brzuch jak piłka. Nie tylko nie wyglądał jak ja. Nikt w tym wieku nie wygląda dzisiaj tak, jak on wtedy – śmieje się Paweł i dodaje, że nie chodzi o modę.

Urodziliśmy się z bratem stosunkowo późno jak na tamte czasy, bo kiedy rodzice mieli 28 lat i 29 lat. To zbliżony wiek do tego, w którym na świat przyszły moje dzieci. Mimo to jestem przekonany, że moi rodzice w wieku 37 lat, w którym jestem teraz, byli mentalnie starymi ludźmi, którzy już wtedy mieli wszystkiego dosyć. Nawet na zdjęciach ze ślubu, na którym mieli po 26 lat, wyglądają jak po czterdziestce.

Paweł

36 lat

Krytycznie pod tym kątem na swoją mamę patrzy także Marta. – Dres to moja mama zakłada dopiero teraz, jak jest po pięćdziesiątce. W wieku 35 lat nosiła garsonki, spódnice i opalizujące rajstopy. Nawet dzisiaj kobiety w jej wieku noszą się nowocześniej.

Podobne spostrzeżenia ma na temat swojej mamy Magda.

Moja mama była bardzo stylową kobietą. Zawsze miała dobry gust, ale nie zmienia to faktu, że ubrania, które zakładała w wieku 31 lat, dzisiaj by pasowały dla kobiety grubo po 40-ce. Może nawet biżej 50-ki.

Magda

31 lat

Magda, podobnie jak Marta, wspomina garsonki i buty na obcasach, do tego koralowy lakier na paznokciach. Stylizacji dopełniała trwała ondulacja lub fryzura "na kalafiora".

Wizualne odmłodzenie, do którego doszło wraz z upływem czasu widać nie tylko na polskich obrazkach. Wystarczy spojrzeć na serial "Przyjaciele", których fani wyliczyli, że bohaterowie w pierwszym sezonie mieli ok. 23-25 lat. Tymczasem już wtedy wyglądali jak po trzydziestce. A to przecież postępowe Stany Zjednoczone!

– Gdyby "Przyjaciół" kręcono wtedy w Polsce, na dodatek na wsi, wyglądałoby to jeszcze bardziej dosadnie, jestem przekonany – mówi Paweł, a komentarz ilustruje przykładem.

Mój ojciec w tych flanelach jeszcze jakoś się trzymał, ale jego siostra mając 20 lat miała już dwójkę dzieci i gospodarstwo na głowie. Zawsze miała na twarzy znacznie więcej zmarszczek niż jej starsi o kilka lat bracia, co było jej zresztą publicznie wypominane. Nie pamiętam jak dokładnie wyglądała, ale na zdjęciach sprawia wrażenie, jakby była grubo po czterdziestce.

Paweł

36 lat

Młodość na starość

Szukając powodów tego, z czego wynika różnica w podejściu i trudność w relacjach między pokoleniem rodziców a dzisiejszymi 30-latkami, często pojawia się jeden wspólny komentarz: "To były ciężkie czasy".

I faktycznie, lekko nie było, szczególnie patrząc na zdjęcia kolejek do sklepów, wiecznych deficytów i alkoholizmu, który szedł w parze z nepotyzmem i załatwianiem wszystkiego "za flaszkę".

Nasi rodzice przeżywali młodość w czasach łamania ludzi (kto nie słyszał, że musi być silny, bo nie przetrwa), nagminnego niszczenia samooceny koniecznością budowania fałszywej skromności, a później szalejącego bezrobocia. W skrócie – systemowego upokarzania do granic. A skoro robił to system, wielu ludzi, trochę chcąc nie chcąc, przekładało to również na swoje rodziny.

Pozytywne jest to, że dzisiaj wiele osób w wieku 50-65 lat, ma świadomość "straconych" lat, które nadrabia. Przykładem są rodzice Oliwii – bezdzietnej 24-latki.

Kiedy rodzice mieli po 24 lata, mama zaszła w ciążę. Trzy lata później urodziły im się bliźniaki. W wieku 27 lat moi rodzice mieli więc trójkę dzieci. Swoją młodość przeżywają dopiero teraz. Dopiero mając po 35 lat zaczęli wychodzić z domu, a odżyli po rozwodzie, który wzięli w wieku 43 lat, w pokojowych warunkach. Mama bierze udział w kursach samorozwoju, tata jeździ na rowerze i biega maratony. Dopiero zaczęli życie.

Oliwia

24 lata

Podobnie było w rodzinie Magdy. Dopiero kiedy ona (najmłodsza) wyfrunęła z gniazda, rodzice zaczęli robić coś dla siebie. Tato zaczął żeglować, mama jeździć na zorganizowane wycieczki. Wtedy też wyszło, że po latach niewiele ich łączy.

Bez walki o przetrwanie

Wątkiem, który przewija się w większości rozmów, są pieniądze. Tak było w rodzinie Pawła, gdzie pogoń za tym, żeby nikomu niczego nie brakło, doprowadziła do zaniku relacji społecznych. O tym samym mówi Agnieszka, której rodzice z zawodu są lekarzami.

Jak podkreśla, teoretycznie jest na tym samym etapie życia, co oni w jej wieku. Może z tą różnicą, że z partnerem nie wzięli ślubu.

Zawsze z bratem mieliśmy co jeść, chodziliśmy do najlepszych szkół i zawsze byliśmy dobrze ubrani. Próby budowania relacji jednak dopiero zapoczątkowałam ja. Niestety bezskutecznie, bo starzy nie rozumieją, że szacunek do emocji drugiego człowieka jest ważniejszy, niż "dobra" praca.

Agnieszka

32 lata

To podejście doprowadziło do tego, że rodzice cały czas próbują "kupować" prawo do ingerowania w życie jej rodziny. – Ciągle nie rozumieją, że "kupić" dobrą relację z dziećmi można przede wszystkim okazaniem im szacunku – mówi Agnieszka.

Bez presji

"Nasza młodzież nie myśli dziś o niczym, zajmuje się tylko sobą, nie ma uszanowania dla rodziców i starszych; młodzi nie mają w sobie żadnej pokory, wypowiadają się tak, jakby wszystko wiedzieli, wszystko to, co my starsi uważamy za ważne, oni nazywają głupim. Nasze dziewczęta są próżne, nieroztropne oraz lubieżne, nie zwracają uwagi na to, co mówią, jak się ubierają i jak żyją".

Powyższy cytat należy do Piotra Eremity, żyjącego na przełomie XI i XII wieku. Gdyby jednak wkleić go w usta wielu ludzi żyjących współcześnie, łączni z polskimi politykami, pewnie nikt by się nie zorientował. Spojrzenie na młodsze pokolenie z perspektywy wyższości, towarzyszyło ludziom od pokoleń, a na temat tego, że hasło "kiedyś było lepiej" przewijało się od setek lat, przeprowadzono nawet badania.

Ale w temacie coś drgnęło. Świadczą takie przykłady jak ten rodziców Marty, którzy dawali jej swobodę podejmowania decyzji i uczenia się na własnych błędach, czy Oliwii, której mama mówi dziś wprost – "nie pakuj się w dzieci, jeśli czujesz, że to jeszcze nie twój czas".

– Bardziej samolubnie podchodzę do życia, to fakt, ale kompletnie nie czuję, żeby z tego powodu rodzice wpędzali mnie w poczucie winy – przyznaje.

Marta z kolei ma świadomość, że jak na ówczesne czasy, podejście jej rodziców było pewnego rodzaju ewenementem. Dziś jest jednak niezwykle aktualne:

– Wśród dzieci dzisiejszych 20 i 30-latków w końcu mamy styczność z pokoleniem, które będzie uczone, że mogą mieć dzieci, ale mogą też ich nie mieć. Mogą chcieć oddać się pracy albo postawić na rodzinę czy podróże. Nie muszą mieć mieszkania, ale mogą, jeśli tego chcą. Dorastają w przeświadczeniu, że nikt nie ma prawa oceniać ich za ich decyzję i za to kim chcą być. Wiedzą, że wszystko mogą, ale nic nie muszą. I to jest piękne - mówi.