Janusz Rudnicki - pisarz, za którego Magdalena Cielecka dałaby się pokroić

Janusz Rudnicki na gali rozdania nagrody literackiej Nike
Janusz Rudnicki na gali rozdania nagrody literackiej Nike Fot. Franciszek Mazur/ Agencja Gazeta
„Drogi panie Januszu Rudnicki, jeśli pan w tym roku nie wyda jakiejś książki, to pojadę tam, gdzie pan mieszka, i pana zabiję” mówi Magdalena Cielecka w rozmowie z Rafałem Bryndalem w ostatniej „Chimerze”. Jak widać autor nominowanej do Nike „Śmierci czeskiego psa” potrafi wzbudzić silne emocje. Kim jest człowiek, który swój zbiór opowiadań opatrzył przewrotnym tekstem „myślę, że nie uda mi się już napisać tekstów lepszych od tych tu paru”, a sam nazywa się „najwybitniejszym żyjącym pisarzem polskim”?


„Dałeś „stoję jak ch** w rynnie”, czy jednak „stoję jak ch** w torcie”? Pyta Vera Jana. Vera i Jan tłumaczą na czeski, każde po połowie, wybór z książek siedzącego pomiędzy nimi rudnickiego autora polskiego. (..)” pisze w swoim opowiadaniu „W Pradze” Janusz Rudnicki. „Zastanawiają się, Vera mówi, że w torcie chyba lepiej, bo to tak, jakby ten ch** czekał, aż ktoś go liźnie albo dmuchnie, Jan optuje raczej za rynną – nie dość, że chuj stoi tam, bo nie ma innego wyjścia, to jeszcze na niego z góry pada. Rynna czy tort? Zazdroszczą nam, nie tylko inwencji wulgarystycznej, na przykład „No k***a wasza wysublimowana mać!”, ale i tego, co można zrobić z takim jednym poje***** czasownikiem jak „pierd****”. Lub, wymiennie, z takim popier******* czasownikiem jak „je***”. Wyje***, przeje***, podje***, zaje***, poje***, niby ten sam koń, ale ledwo go pociągnąć za uzdę, a już semantycznie inny. Oni w przekleństwach są ekstremalnie „ekskrementalni”, my raczej seksualni. Oni skatologiczni, podobnie jak Niemcy, my pornograficzni, i jak ten polski kongenialnie tłumaczyć?”


Polecamy: Ostatnia książka Teresy Torańskiej. Co dalej z materiałami o katastrofie smoleńskiej?

Wulgarny, drapieżny, a przy tym zdystansowany i najzwyczajniej w świecie zabawny. Rudnicki, jako jeden z niewielu, nie boi mówić się mocno i odważnie. Jego język jest giętki i mięsisty. W krótkich, często nawet 2-stronicowych tekstach potrafi rozebrać na części pierwsze to, co Polaków uwiera najbardziej. Na co dzień mieszkający w Niemczech pisarz potrafi niezwykle celnie ocenić i nazwać sytuacje, które nam, mieszkającym w kraju zwykle umykają. „Pewną kreską rysuje zawijasy absurdu istnienia, pewnym tonem rzuca mięchem i pogwizduje romantyczne frazy. Historie prawdziwe przeradzają się w fantasmagorie, jak ta o martyrologicznym człowieku kanapce mającym promować polski film na europejskim festiwalu czy ta o człowieku z kuchennym blatem na głowie. Dochodzi tu do alchemicznego, świeckiego cudu - odwieczna żółć i 'wkurw' polski przeistaczają się w radość istnienia, zabójczy humor i nieodparty liryzm” pisze o Rudnickim Kazimiera Szczuka w "Wysokich Obcasach".


Cokolwiek by o Rudnickim nie mówić, jest to pisarz, który nie pozostawia obojętnym. Jego teksty, które często można znaleźć w świątecznym dodatku do "Gazety Wyborczej", potrafią zdenerwować, wytrącić z równowagi, ale zawsze zmuszają do myślenia. Pisarz nie boi się dotykać zarówno tematów pozornie błahych (jak chociażby w opowiadaniu o facecie, który w dniu Wszystkich Świętych z zapaloną gromnicą wjeżdża na górę wyciągiem krzesełkowym, żeby "aż po czeskiej stronie widzieli, że Polak z martwymi za pan brat), jak i zupełnie poważnych. W nominowanym do nagrody Nike zbiorze opowiadań „Śmierć czeskiego psa” oprócz absurdalnych fantasmagorii można znaleźć też precyzyjne minibiografie, w których pisarz na zaledwie kilku stronach portretuje Andersena czy Almę Mahler.


Polecamy: Bronisław Wildstein: "Niepokorny", czy rozczarowany? [recenzja]

– Rudnicki to nazwisko, które zdecydowanie liczy się w Polsce – mówi Piotr Dobrołęcki, redaktor naczelny magazynu literackiego „Książki”. – Jako jeden z nielicznych krajowych autorów nie boi się mówić, co myśli. Potrafi drażnić i wkurzać, ale przy tym jest szalenie inteligentny i przenikliwy. Fakt, że od lat 80. żyje na emigracji, sprawia, że na Polskę patrzy z innej, świeższej perspektywy. Jako pisarz zasłużył sobie na swoją pozycję. Zwykle nie toleruję wulgaryzmów w literaturze, ale w przypadku Rudnickiego ich użycie jest jak najbardziej uzasadnione – dodaje Dobrołęcki.

Wulgaryzmy to rzeczywiście znak rozpoznawczy autora, który w swoich tekstach do języka podchodzi jak do żywej materii. Gnie ją, wycina i obraca na drugą stronę. Pytany przez dziennikarzy, dlaczego w jego, jakby nie patrzeć, ambitnej prozie tyle wyrażeń podwórkowych, pisarz odpowiada z przekąsem, że język bez wulgaryzmów smakowałby jak odstana herbata. „Zapadłby się w sobie jak szczęka bez zębów. Wulgaryzmy to maszty statku języka polskiego. Na nich dopiero rozpiąć można czyste, białe żagle mowy wysokiej”. I taki jak jego język jest też sam Rudnicki. Z pozoru drażniący, odstraszający słownictwem i absurdalnymi skojarzeniami, w środku jest refleksyjny i bardzo łagodny. Szkoda tylko, że niedoceniany, ale jak widać taka ekwilibrystyka nie jest dla każdego.

Janusz Rudnicki - Urodził się w 1956 w Kędzierzynie-Koźlu na Śląsku, emigrant polityczny, od 1983 roku mieszka w Hamburgu, gdzie studiował slawistykę i germanistykę. Związany z kręgami warszawskiej "Twórczości". Nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2008 za tom "Chodźcie, idziemy". Finalista Nike 2010, półfinalista Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2010, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2010 i Nagrody im. Reymonta 2010 za "Śmierć czeskiego psa".

.