"Drugiej Masłowskiej nie mieliśmy", czyli o trudnym losie polskich literackich debiutantów

Dorota Masłowska
Dorota Masłowska Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Choć teksty początkujących pisarzy spływają do wydawców szerokim strumieniem, już od dawna nie było w Polsce naprawdę ważnego literackiego debiutu. Czy polskim pisarzom braknie talentu? A może ważniejsze jest to, że mało które wydawnictwo podejmie się ryzyka postawienia na anonimowego twórcę?


E. L. James (właśc. Erica Mitchell), autorka bestsellerowej powieści “50 twarzy Greya” w rozmowie z “Twoim Stylem” opowiedziała o tym, jak z nikomu nieznanej autorki internetowych opowiadań inspirowanych sagą “Zmierzch”, stała się milionerką.


E. L. James
dla "Twojego Stylu"

Moją pisaninę najpierw wyłowiło z otchłani internetu małe australijskie wydawnictwo. Sami się do mnie zgłosili z propozycją opublikowania moich grafomańskich zabaw w formie książki. (...) Wydawnictwo nie zamierzało jednak zbyt wiel ryzykować. Zaproponowali mi więc formułę “druk na zamówienie”. Kto chciał, zamawiał u nich egzemplarz i dopiero wtedy drukowali ich określoną liczbę. Prędko okazało się, że nie są w stanie sprostać popytowi.


Wkrótce prawa do “Greya...” wykupiło potężne wydawnictwo Random House i pisząca pod pseudonimem Mitchell stała się sławna i bogata. Czy ta historia niczym z bajki mogłaby się wydarzyć w Polsce?

Zobacz:
Upada jedno z większych wydawnictw w Polsce. Czy to też Twoja wina?

– Generalnie tak – przyznaje Paweł Waszczyk, redaktor naczelny "Biblioteki Analiz", powołując się na przykłady takich autorów, jak Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Grochola czy Marek Krajewski. Przyznaje jednak, że historie sukcesu literackich debiutów nie są częste. – Niestety, szanse są niewielkie. Mało który wydawca podejmie ryzyko wydania książki absolutnie anonimowego pisarza. Koszty takiego przedsięwzięcia są olbrzymie, a sukces niepewny – ocenia Waszczyk.


Trudny los debiutantów
– Drugiej Masłowskiej raczej nie mieliśmy – mówi Katarzyna Kowalska z Warszawskiej Firmy Wydawniczej o polskich debiutach ostatnich lat. – Sytuacja debiutantów jest dziś trudna – dodaje.

– Bez promocji nie masz szans, dlatego o swojej książce myślę “strategicznie”. Już od od dawna zbieram pieniądze na wydatki z nią związane – mówi Marcin, który pracuje właśnie nad swoją pierwszą książką. Ma świadomość tego, że łatwo nie będzie. – Bez prestiżu, bez wsparcia, nie ma co liczyć na sukces – mówi.

Z zupełnie innym nastawieniem swoją debiutancką książkę tworzył Maciej Rajk, dziś autor z trzema powieściami na koncie: – Myślałem, że jedyne, na czym będę musiał się skupiać, to pisanie – wspomina ze śmiechem. – Liczyłem, że moje wydawnictwo skutecznie zajmie się promocją, tymczasem nie było żadnych plakatów, żadnej reklamy i szczątkowy PR – mówi.

Klęska literackiego urodzaju?
Tak czy inaczej, Maciej i tak należy do tej wąskiej grupy szczęśliwców, którzy zostali dostrzeżeni przez któreś z wydawnictw. Moi rozmówcy twierdzą, że na biurka i do skrzynek emailowych polskich wydawców zajmujących się prozą trafia od kilku do kilkudziesięciu tekstów miesięcznie. Większość listów pozostaje bez odpowiedzi.

– W polskim internecie jest np. kilka portali, na których publikują początkujący twórcy fantasy. I choć owe strony często są obiektem zainteresowania wydawców, bo tam właśnie warto promować swoje książki, to rzadko szuka się na nich literackich talentów. Nie jest to potrzebne i trend ten nie dotycz tylko literatury fantastycznej, ale generalnie prozy, bo do dużych wydawnictw tydzień w tydzień szerokim strumieniem płyną książkowe propozycje autorów poszukujących wydawcy – mówi Paweł Waszczyk.

Katarzyna Kowalska przyznaje, że selekcja jest ostra, więc poza literackimi walorami tekstu liczy się upór i kreatywność pisarza. – Z powodu liczby propozycji warto zachęcić redaktorów do zapoznania się z tekstem stosując takie “sztuczki” jak nieszablonowe CV czy wciągające streszczenie – mówi. Firma, w której pracuje, współpracuje z debiutantami w oparciu o prostą zasadę: pokrywa koszty promocji, tymczasem za druk i dystrybucję płaci sam autor.

Paweł Waszczyk
redaktor naczelny "Biblioteki Analiz"

Pół biedy, jeśli debiutant jest osobą rozpoznawalną – weźmy chociażby przykład pisarskiego debiutu Tomasza Sekielskiego i jego powieść “Sejf” – w takim przypadku ryzyko rynkowej porażki jest relatywnie niskie. Jednak tylko największe wydawnictwa stać na duże inwestycje w promocję książki kogoś, kto dla szerszej publiczności pozostaje anonimowy.


– Wydawnictwo, które zdecydowało się wydać moją książkę, podzieliło się ze mną kosztami pół na pół – opowiada Rajk. Przyznaje jednak, że bez osobistego zaangażowania sukces nie jest możliwy: – Sam organizowałem wieczorki autorskie, wysyłałem emaile do dziennikarzy, pisałem gościnne artykuły i założyłem swoją stronę internetową oraz fanpage na Facebooku. Takie działania są konieczne, żeby wypromować książkę – ocenia autor.

Literatura to biznes
Dlaczego wydawnictwa nie są skore do promowania debiutantów, tym bardziej, że chętnych jest tak wielu? Czyżby byli aż tak słabi? Nie. Jak to zwykle bywa, chodzi o pieniądze. Rynek wydawniczy, jak każdy biznes, rządzi się swoimi prawami. W nieznane nazwiska po prostu nie opłaca się inwestować.

– Pół biedy, jeśli debiutant jest osobą rozpoznawalną – weźmy chociażby przykład pisarskiego debiutu Tomasza Sekielskiego i jego powieść “Sejf” – w takim przypadku ryzyko rynkowej porażki jest relatywnie niskie. Jednak tylko największe wydawnictwa stać na duże inwestycje w promocję książki kogoś, kto dla szerszej publiczności pozostaje anonimowy – mówi Paweł Waszczyk.

Katarzyna Kowalska mówi, że pewną szansą dla pisarzy jest self publishing. – W takiej formule autor jest także swoim własnym korektorem, a często i grafikiem. Umieszcza swoją książkę na specjalnej internetowej witrynie i zarabia w oparciu o liczbę jej pobrań – mówi.

Waszczyk przyznaje jednak, że w Polsce self publishing dopiero raczkuje: – Nie mamy wciąż self-publisherów na miarę niezależnych pisarzy z krajów Zachodu. Tamtejsi debiutanci np. dzięki Amazonowi zostają dostrzeżeni przez profesjonalnych wydawców i sprzedają drukowane wersje swojej prozy w ogromnej liczbie egzemplarzy – mówi.

Czytaj też: "Wielka kultura to już była", czyli śmierć polskiego inteligenta

Nie wszyscy są jednak zwolennikami self publishingu. – Jeśli jest się poważnym pisarzem, trzeba wydawać w poważnym wydawnictwie – twierdzi Maciek. – Nie wierzę w self publishing. To jest dobre dla książek opartych na czyichś blogerskich wynurzeniach, albo marnego fantasy – kwituje. Czy jednak można mieć pewność, że dobra książka obroni się (i sprzeda) sama?