Jak naprawdę wyglądają rekolekcje? Seksizm i homofobia - uwaga dla ucznia
Jak naprawdę wyglądają rekolekcje? Seksizm i homofobia - uwaga dla ucznia /EAST NEWS

Czym są rekolekcje? Jak podpowiadają źródła, w katolicyzmie to kilkudniowy okres poświęcony odnowie duchowej poprzez modlitwę. W szkole czas religijnych dyskusji i zadumy trwa na mszach, ale też w szkolnych salach. Parę lat temu dowiedziałam się w tym czasie, że kobiety to opalcowane szklanki, "Harry Potter" to narzędzie szatana i co żona musi zrobić, gdy mąż uderzy ją w twarz. Dosłownie i metaforycznie. Powiem wam, czego wasze dzieci naprawdę słuchają na rekolekcjach. I dlaczego o seksie na religii można mówić tylko nauczycielce, ale ja dostałam za "odpyskowanie" uwagę.

REKLAMA
  • Skandaliczna sytuacja z toruńskich rekolekcji zainspirowała mnie do przypomnienia sobie tego, co sama przechodziłam w czasie rekolekcyjnych lekcji religii
  • Od mojej katechetki dowiedziałam się wtedy m.in. że Harry Potter to narzędzie szatana, a homoseksualizm jest nienaturalną dewiacją
  • Oto smutna prawda na temat religii w szkołach – nie sądzę, by od czasu mojego liceum wiele zmieniło się na lepsze
  • Czego nauczyłam się na rekolekcjach?

    Z jednej strony nie chciałabym, żeby moja katechetka to przeczytała, bo na samo wspomnienie tych scen czuję zażenowanie, chociaż byłam jedynie ich (wyrażającą sprzeciw!) uczestniczką, a nie prowodyrką.

    Z drugiej strony, może wtedy uświadomiłaby sobie, że słowa wlewane do nastoletnich umysłów zostają z nami do końca życia, jednak nie jako oświecona nauka – a raczej powód do wyciągnięcia wniosków kompromitujących nie tylko lekcje religii, ale także całe nauczanie Kościoła katolickiego.

    Przenieśmy się więc do czasów mojego liceum, a więc nie tak odległych lat 2012-2014. Może nie oglądaliśmy wtedy na przerwach TikToka, ale zdecydowanie żyliśmy już internetem. A rekolekcje podobnie jak dziś wyglądały wtedy w taki sposób, że odbywały się w kościele, w którym katechetka oczekiwała naszej obecności. Mało tego – początkowo sprawdzała nawet listę. Nie miała oczywiście prawa tego robić, ale polska szkoła kościołem stoi.

    Dodam tylko, że z okazji radosnego rozpoczęcia każdego roku szkolnego także czekała nas w pobliskim kościele msza, na której obecność także próbowano na nas wymusić poprzez sprawdzanie tam listy obecności – jestem pewna, że niezgodnie z prawem.

    Wiele grzecznych chłopców i dziewczynek przychodziło więc tylko po to, żeby powąchać kościelne kadzidła i pooglądać żyrandol, bo już w czasach licealnych wiedzieli, że słuchanie kazania to ostatnie, czego pragną, ale nie pragnęli także w pierwszym miesiącu szkoły zmarnowania jednej godziny nieobecności.

    W kościele uczniowie starają się przetrwać

    Wróćmy jednak do rekolekcji – jak wyglądały? Z kościoła pamiętam niewiele, ale nie dlatego, że starałam się wtedy specjalnie ignorować słowa księdza (jeszcze nie wtedy!). Wyobraźcie sobie jednak grupę około trzydziestu 16-17-latków, którzy mają przez godzinę zachować spokój, gdy w każdej ławce świątyni stoi ktoś z ich szkoły.

    Zamieniało się to w festiwal śmiechu, plotek, prowokowania się w ciszy przynajmniej poprzez wzrok, doprowadzanie do tego, by kolega wybuchnął śmiechem albo zwyczajnie gapienie się w telefon.

    Myślę, że nawet ci z nas, którzy byli wierzący, nie byli w stanie wczuć się w mszę w takich warunkach. Kolejny argument za tym, że wiara powinna być prywatnym wyborem każdego ucznia.

    Dzisiaj współczuję także nauczycielom, którzy musieli nas w kościele pilnować – musieli się wstydzić, jeśli nie zachowaliśmy powagi, a dziś znając ich prywatnie jako dorosła osoba, wiem, że masa z nich była przeciwna pomysłom katechizacji szkolnego życia.

    Ale słowo dyrekcji, niczym słowo proboszcza – święte. Kościoła więc nikt specjalnie poważnie nie traktował, no może poza katechetką. Nie pamiętam specjalnie kontrowersyjnych słów kazania, ale rzadko w ogóle było je dobrze słychać, więc przenieśmy się do sali lekcyjnej.

    Czego nauczyłam się na katechezie? Harry Potter, seks i LGBT

    Tam katechetka chciała, korzystając z okazji, porozmawiać z nami o kwestiach aktualnych poprzez religijny pryzmat. Zamiast więc opowiadać o życiu i nauczaniu Jezusa, zaczęła wchodzić na tematy budzące wśród nas kontrowersje. Nie pamiętam, jak to się zaczęło, ale jestem pewna, jak się skończyło. Spoiler: moją uwagą i wyjściem z sali.

    I naprawdę chciałabym, żeby to było memem, ale moja katechetka w pewnym momencie nawiązała do książek z serii "Harry Potter", bo te "opowiadają o czarnej magii". Nagle przyznała, że jej córka przeczytała całą serię Rowling, co dało nam nadzieję na to, że kobieta nie jest jednak aż tak uprzedzona. By nagle zakończyć, że także całą serię... spaliła w piecu! Klasa była w szoku, a ja zapytałam, co właściwie złego było według niej w opowieści o przyjaźni, walce o wspólny cel i wygranej dobra.

    Katechetka uznała, że magia wszelkiego rodzaju jest zaprzeczeniem religii, więc nie powinno się mieć z nią do czynienia nawet w wersji książkowej. Zatkało mnie, ale nie kontynuowałam dyskusji, bo skoro nie przekonała jej własna córka, to zapewne nie zrobi tego "krnąbrna" uczennica.

    Kolejnym wątkiem, który został poruszony na lekcji, było swego rodzaju wprowadzenie do życia w rodzinie i oczywiście uwielbiany przez Kościół katolicki temat SEKSU, a więc czystości małżeńskiej, bo o seksie mówi się przecież tylko w kontekście czystości i brudu. Głównie brudu.

    Katechetka rozdała nam broszury, w których podkreślone było, jak różnią się między sobą chłopcy i dziewczynki. Było tam napisane, że chłopcy dążą do inicjacji seksualnej, bo mają takie potrzeby, a dziewczynki... nie. Zostałyśmy odarte z seksualności całkowicie! Dalej napisane było, że chłopcy mogą wmawiać nam miłość, po to, by namówić nas do współżycia, ale należy się przed tym bronić.

    W kilku zdaniach zawierały się aż dwie szkodliwe tezy. Według pierwszej dziewczynki potrzeb seksualnych właściwie nie mają i seks dla nich nie istnieje i istnieć nie musi. Dla chłopców wprost przeciwnie – to seksualni predatorzy, którzy użyją wszelkich narzędzi manipulacji, by wykorzystać płeć przeciwną.

    Gwoździem programu było jednak porównanie przez katechetkę dziewczyny, która współżyje przed ślubem do wypalcowanej szklanki i nadgryzionego jabłka. Pamiętam, że klasa siedziała po prostu w ciszy. Mieliśmy wtedy z 17-lat, może niektórzy z nas mieli nawet inicjację seksualną za sobą, może inni się nad tym zastanawiali. Jak myślicie, w czym taki przekaz pomógł?

    Zapewne w zdjęciu odpowiedzialności za współżycie z chłopaka, a położenie jej na dziewczynie, która przez to traci swoją wartość, a inni szacunek do niej. Może jednak katechetka powiedziała coś na temat tego, że seks powinno się uprawiać za obopólną zgodą albo gdy są między nami głębokie uczucia i dobrze się znamy?

    Może wyjaśniła, że seks sam w sobie nie jest niczym złym, ale religia katolicka zachęca do tego, by przeżyć pierwszy seks z partnerem po ślubie? Nie. Ta narracja to moje usprawiedliwiające ją słowa, jedyne co zrobiła nauczycielka, to podała nam prosty szejmingujący kobiety i obrzydzające seks przykład.

    Temat seksu na religii częstszy niż na WDŻ

    Ale to nie był koniec rozmów o seksie na religii! Zauważyliście, że temat seksu jest częściej poruszany na lekcjach religii niż na lekcjach WDŻ-u? Ah przepraszam – raczej "był" poruszany, bo partia rządząca zakazała edukacji seksualnej w jakiejkolwiek formie.

    Dzięki temu polscy nastolatkowie nie dowiadują się niczego o sposobach zapobiegania ciąży, świadomej zgodzie czy zagrożeniach wynikających z seksu bez zabezpieczenia. Dowiadują się natomiast, że za seks pójdą do piekła, a na ziemi stracą należyty im szacunek – oczywiście głównie kobiety.

    Nie to było jednak gwoździem programu. Sytuacją, w której nie umiałam milczeć, był wywód katechetki na temat osób homoseksualnych. Nauczycielka przekonywała, że osoby homoseksualne żyją w ciężkim grzechu. Z mojej ówczesnej wiedzy religijnej wynikało jednak, że by czyn został zaklasyfikowany jako grzech, musi zostać popełniony świadomie i z premedytacją.

    Zapytałam więc, w jaki sposób osoby te popełniają grzech, skoro orientacja seksualna nie jest wyborem, a czymś wrodzonym. Katechetka uznała wtedy, że jest to niemożliwe, bo żaden inny gatunek zwierząt nie jest homoseksualny.

    Wtedy w rozmowę wtrąciła się moja koleżanka, która uświadomiła katechetkę, że się myli i jest wiele gatunków zwierząt, które są homoseksualne. Coraz bardziej zirytowana nauczycielka wyciągnęła kolejne działo, mówiąc, że celem człowieka jest się rozmnażać, a mężczyźni nie mogą ze sobą mieć dzieci.

    Tutaj ja dodałam, że nie wszystkie kobiety i mężczyźni chcą mieć ze sobą dzieci, ale to nie przeszkadza im ani w życiu w jawnym związku, ani w zawarciu małżeństwa.

    Nauczycielka spąsowiała i widać było, że poważnie zastanawia się nad tym, czy argument, który za chwilę wypłynie z jej ust, jest odpowiedni. Wreszcie wyraźnie zawstydzona tym, co mówi, postanowiła sprowadzić dyskusję na najniższy, zahaczający już o dno poziom mówiąc, że kobiety i mężczyźni są kompatybilni nawet seksualnie, bo "pochwa i penis do siebie pasują". Tymczasem: "mężczyźni nie mają, jak TEGO robić".

    Mam ciarki żenady, nawet to zapisując... Podkreślmy, że ja byłam wtedy 17-latką bez wyrobionej odwagi do mówienia o ludzkiej seksualności, a dyskutowałam z 50-letnią kobietą po studiach, która była święcie przekonana o tym, że na wiedzę ma monopol i może mnie upokorzyć przy całej klasie.

    Gdy ktoś z klasy krzyknął, że mężczyźni jednak mogą TO ze sobą robić, katechetka była już tak czerwona, jak długopis, którym chwilę później wpisała mi uwagę. Wtedy na migi i poprzez różne "tak, ten i w ten sposób" wytłumaczyła bez niecenzuralnych według niej wyrazów, że mężczyźni uprawiać mogą tylko seks analny, co jest obrzydliwe, zwierzęce i odróżnia ich od par hetero. Wtedy ja postanowiłam po raz kolejny odpowiedzieć, że pary heteroseksualne też kochają się dla przyjemności, rezygnują z posiadania dzieci i... uprawiają seks analny.

    Katechetka nie wytrzymała i zaczęła na mnie krzyczeć, że mówię o takich rzeczach na religii, a ona nie chce ich słuchać. Ja odpowiedziałam jej, że sama zaczęła ten temat i od słowa do słowa dostałam uwagę, ale plusem było przynajmniej to, że nauczycielka nigdy więcej nie poruszyła na lekcji tematu osób LGBT...

    Czego dowiedziałam się na katechezie?

  • że Harry Potter to narzędzie szatana
  • że dziewczynki to opalcowane szklanki
  • że geje popełniają grzech śmiertelny
  • że jeśli mąż uderzy żonę, ta ma "nadstawić drugi policzek"
  • I że lepiej zgadzać się z katechetką, żeby nie dostać uwagi. Czy podobnych rzeczy nauczą się dziś wasze dzieci? Mam nadzieję, że nie, ale patrząc na obecny kształt Kościoła katolickiego – nie mam złudzeń.