Fot. materiały prasowe / Świat Książki

Ona: Polka, która poszukując samej siebie, odnajduje swe miejsce w Izraelu. On: były chasydzki rabin, który zdecydował się na ucieczkę ze świata żydowskich ultraortodoksów, tracąc w ten sposób rodzinę i przyjaciół. Chcesz poznać historię tych dwóch zagubionych dusz, których losy przecięły się w Ziemi Świętej? Sięgnij więc koniecznie po "Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości" Karoliny van Ede-Tzenvirt. Natomiast dzięki naszej rozmowie z autorką owej książki dowiesz się jeszcze więcej zarówno o tej wspaniałej przyjaźni, jak i samym Izraelu, w którym Karolina mieszka już od dwudziestu lat.

REKLAMA

Żydzi: temat, który statystycznemu Polakowi wydaje się doskonale znany, a jednak...

…cóż, mówimy tutaj o ludziach, którzy przez setki lat byli bardzo istotną częścią naszego kraju, żyli tuż obok nas, a więc powinniśmy wiedzieć na ich temat praktycznie wszystko, prawda? No właśnie, tyle teorii.

Jednak w praktyce ów statystyczny Polak o żydach, o ich kulturze i religii wie naprawdę niewiele. Rządzą raczej pewne mity i stereotypy, które bardzo często nie mają wiele wspólnego z prawdą.

Jeszcze słabiej prezentuje się poziom naszej wiedzy na temat Izraela oraz Żydów zamieszkujących owo państwo, bo przecież mówimy o społeczeństwie złożonym z bardzo, ale to bardzo odmiennych ludzi. 

Mają korzenie w różnych częściach świata, bo przecież to nie tylko potomkowie osób niegdyś zamieszkujących ziemie polskie, no a do tego są na różnych poziomach asymilacji i religijności – od najbardziej radykalnych ortodoksów, aż po ludzi całkowicie zlaicyzowanych, z radością zajadających się wieprzowiną. 

Mieszkam tutaj od dwudziestu lat i uwierz: wciąż uczę się tego zróżnicowania, ciągle coś mnie zaskakuje. Nie dziwię się więc, że dla przeciętnego Kowalskiego prawdziwy Izrael – nie ten z folderów turystycznych albo naszych wyobrażeń zbudowanych na półprawdach – jest czymś niepojętym, naprawdę trudnym do zrozumienia, dziwnym i obcym.

Na ile w tym przypadku sprawdza się powiedzenie "boimy się tego, czego nie znamy"? Również w nawiązaniu do książkowej Karoliny, licealistki, która w roku 1994, po pierwszej wycieczce do Izraela, zaczęła uczyć się hebrajskiego i nosić na szyi gwiazdę Dawida?

Wiesz, nie chciałabym teraz zacząć zmierzać w stronę antysemityzmu – choć wiadomo, że ten jest w Polsce obecny – bo ja jakimś cudem prawie nigdy się z nim nie zetknęłam. Ani wtedy, w latach 90. ubiegłego stulecia, ani później.

W tym miejscu zaznaczę wyraźnie, że nie jestem w owej tematyce jakąkolwiek wyrocznią. Nie zajmuję się naukowo kwestiami dotyczącymi stosunków polsko–żydowskich, a więc wszystko, co dziś mówię, nie bazuje na danych statystycznych– to tylko moje całkowicie subiektywne spostrzeżenia.

No ale wracając do momentu, w którym jako nastolatka zakochałam się w Izraelu: moje otoczenie było po prostu zdziwione, zaciekawione. Na zasadzie: "jak to, dziewczyna z katolickiej rodziny, nieposiadająca korzeni żydowskich, zainteresowała się jakimś odległym krajem"? 

Tylko tyle. Nie było w tym żadnych oznak niechęci ani tym bardziej wrogości. Podejrzewam, że rodzina i znajomi byliby podobnie zaskoczeni, gdybym postanowiła zostać, dajmy na to, buddystką.

Oczywiście, gdy podjęłam decyzję o przenosinach do Izraela, rodzice – jak to rodzice – początkowo zareagowali tak, jakby miało dojść do wielkiej tragedii . Jednak nie miało to związku z miejscem, do którego się udaję, lecz samym faktem, że ich mała Karolcia wyprowadza się z Polski i zostawia za sobą swoje korzenie, tradycje i religię.

Pytałem cię już, co o Żydach wie statystyczny Polak. Zdradzisz, proszę, jak prezentuje się poziom wiedzy "w drugą stronę"?

Cóż, również w tym przypadku rządzą, niestety, rozmaite półprawdy i mity, a nawet poważne uprzedzenia. Idealnym przykładem może być to, co opowiadał mój syn, kończący właśnie izraelskie liceum. Na lekcjach historii o Polsce mówi się głównie w kontekście drugiej wojny światowej i Holokaustu.

Powstanie warszawskie? Nauczyciele nie mówią o czymś takim, skupiając się wyłącznie na powstaniu w getcie warszawskim. Jeżeli do takiego systemu edukacyjnego dołożymy wycieczki do Polski, podczas których młodym Żydom pokazuje się jedynie Auschwitz i kilka starych synagog albo miejsc po synagogach spalonych i zrównanych z ziemią, efektem może być jedynie negatywne postrzeganie naszego kraju.

Gdy opowiadam tutejszym znajomym, że podczas wizyty nad Wisłą pojechałam pociągiem do Gdańska, są niemal przerażeni. Po prostu pociąg w Polsce kojarzy się im wyłącznie z bydlęcymi wagonami, wożącymi ludzi na śmierć.

No albo to zdziwienie, gdy opowiadam, że podczas wojny mój dziadek był ofiarą jednej z łapanek na ulicach Warszawy, o tym, że wywieziono go do Niemiec na roboty przymusowe, a później zginął w obozie koncentracyjnym... No bo jak to – przecież był Polakiem, dlaczego więc naziści zrobili mu krzywdę?! 

Po prostu w Izraelu pokutuje przekonanie, że w tamtych czasach prześladowano wyłącznie Żydów. Druga wojna światowa kojarzy się jedynie z sześcioma milionami ofiar Holocaustu, natomiast o tym, że przecież zginęły wówczas dziesiątki milionów innych ludzi, nikt za bardzo nie mówi.

Miejmy nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej. Już teraz można zauważyć jakieś tam drobne zmiany na lepsze – młode pokolenia Żydów coraz bardziej otwierają się na rówieśników, także z Polski albo z Niemiec, a więc siłą rzeczy pewne kwestie stają się dla nich lepiej zrozumiałe.

Porozmawiamy o pewnym człowieku, będącym w książce "Zostawić za sobą świat. O poszukiwaniu tożsamości" nie tylko postacią kluczową dla twoich poszukiwań tożsamości? Przecież postać chasydzkiego rabina, który jako trzydziestosześciolatek postanowił zmienić swe życie o 180 stopni, pozwala czytelnikowi zrozumieć świat najbardziej ortodoksyjnych Żydów...

Tak, historia Awiego doskonale pokazuje nie tylko zamkniętą społeczność chasydów, lecz również to, co dzieje się, gdy człowiek postanowi tę społeczność opuścić. 

Mówimy tutaj o zerojedynkowym odcięciu się od korzeni, od świata, który towarzyszył nam "od zawsze", bo podejmując taką decyzję, momentalnie tracisz nie tylko przyjaciół, lecz także całą rodzinę.

Dlatego również cieszę się, że w tutejszej telewizji można obejrzeć coraz więcej filmów i seriali poświęconych owej tematyce, no i że powstają organizacje wspierające, i psychologicznie, i finansowo, ludzi takich jak Awi; ułatwiające proces wychodzenia ze świata ortodoksów, a następnie pomagające w odnalezieniu się w nowych realiach. 

To niezmiernie ważne, zwłaszcza jeżeli uwzględnić fakt, iż liczba takich właśnie osób – dążących do wolności ekspresji i chcących żyć na swój własny sposób, choć bez odrzucania Boga – nieustannie się zwiększa. 

Twoja książka nie ukazała się (jeszcze) w Izraelu, tak więc za wcześnie jeszcze na pytania o jej odbiór w tym kraju. Na razie podpytam o etap zbierania materiałów – zetknęłaś się wówczas z reakcjami negatywnymi? Wiesz, na zasadzie: "niech jakaś tam gojka z Polski nie miesza się w nasze sprawy, wara jej od tematów tak drażliwych i osobistych"?

Nie. Chociaż zapewne chodziło o to, że moje drogi po prostu nie przecinały się bezpośrednio z ultraortodoksami, czyli osobami, które bardzo nie lubią wnikania w ich życie. Zwłaszcza przez kogoś, kto reprezentuje świat gojów, czyli istot w ich mniemaniu pozbawionych dusz.

Na szczęście udało mi się wejść do świata ludzi znacznie bardziej otwartych. Podkreślmy: bardziej otwartych, choć wciąż tworzących krąg tak hermetyczny, że stałam się w nim jedyną obcą. Tym bardziej cieszy zaufanie, jakim mnie obdarzyli...

To jeden z przykładów na to, jak zróżnicowane jest izraelskie społeczeństwo. Pomiędzy chasydami a osobami całkowicie zlaicyzowanymi żyje całe mnóstwo Żydów, którzy w mniejszym lub większym stopniu łączą pradawną wiarę z otwartością na nowe. 

Taka jest na przykład rodzina mojego pierwszego, zmarłego męża: z jednej strony naprawdę religijna i przestrzegająca głównych zasad judaizmu, natomiast z drugiej: niepopadająca w jakikolwiek radykalizm. 

Na szczęście spotkałam mnóstwo takich właśnie ludzi, określanych jako modern orthodox. Uważają, że aby być "prawdziwym", bogobojnym Żydem, nie trzeba negować państwowości Izraela, bojkotować świecką edukację czy też ubierać się w czarne kapoty.

Czy pisząc tę książkę, zastanawiałaś się nad tym, że historia Awiego może sprowokować niektórych czytelników do stwierdzenia (lub utwierdzenia się w takim przekonaniu), że religie to zło? Że tłamszą i ograniczają ludzi? 

Nie, nie miałam podobnych obaw. Chodziło mi jedynie o uczciwe opisanie pewnych rzeczy, unikając zarówno lukrowania rzeczywistości, jak i subiektywnej krytyki; czy to dotyczącej chasydyzmu, czy też religii w ogóle. 

To kwestie, których moim zdaniem po prostu nie można wartościować. Jedna osoba, taka jak wspominany Awi, w pewnym momencie może poczuć się przytłoczona przez ortodoksyjne zasady, prowokując ją do wyrwania się z takiego świata.

Jednak komuś innemu w owym świecie może być naprawdę dobrze. Przecież taka społeczność zapewnia niesamowite wręcz poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Życie człowieka od narodzin aż do śmierci jest zorganizowane i zaplanowane krok po kroku.

Znalezienie jesziwy albo żony lub męża? Nie trzeba się o to martwić, bo  wszystko jest zaplanowane przez społeczność. Każdy wie czego sie od niego oczekuje i plan na jego życie jest gotowy. Z niczym nie zostaje się samemu, z żadnymi decyzjami.

Oczywiście "Zostawić za sobą świat..." to rzecz traktująca również o twoich, cytując, "poszukiwaniach tożsamości gdzieś tam pomiędzy korzeniami a marzeniami". Czy dziś po dwóch dekadach spędzonych w Izraelu, możesz stwierdzić, że odnalazłaś już idealny balans czy może jednak wciąż stoisz w rozkroku pomiędzy dwoma światami?

W Izraelu stworzyłam wspaniałą – dodajmy, wielonarodową, bo mój drugi mąż pochodzi z Holandii – rodzinę i jest mi w tym miejscu naprawdę dobrze, jednak wiem, że sentyment do Polski będzie we mnie tkwił zawsze. 

Na każdym kroku podkreślam z dumą, że jestem Polką, choć jeszcze bardziej dumna jestem z tego, że moje dzieci nie tylko mówią  w naszym języku, ale i twierdzą, że Polska jest najpiękniejszym miejscem na ziemi.

Nie, nie marzę o powrocie nad Wisłę na stałe, jednak strasznie tęsknię zarówno do mieszkającej tam rodziny, co nasila się z biegiem lat, jak i do rozmaitych szczegółów, które kojarzą się z czasami młodości.

Przykłady? Wracając do Izraela, zawsze przywożę polski kisiel, bo jego smak przypomina mi dzieciństwo. No albo ciepły letni deszcz, który pada za oknem właśnie teraz, gdy rozmawiamy, choć w Izraelu zdarza się niesamowicie rzadko. 

Dzięki niemu w powietrzu zaczyna unosić się jedyny w swoim rodzaju zapach trawy, kojarzący się z Polską właśnie. Takie drobne rzeczy co jakiś czas przypominają mi o tym, gdzie się urodziłam i wychowałam. 

Podejrzewam, że ten "emigracyjny dualizm" będzie towarzyszył mi aż do śmierci, bo pewnych rzeczy po prostu nie da się zmienić, są zakorzenione w człowieku zbyt mocno.

Tak więc, wracając do twojego pytania, na pewno jakiś tam balans udało mi się osiągnąć, choć nie w stu procentach, nie na wszystkich poziomach. 

Zasadniczo mam już swoje miejsce na ziemi i świetnie odnalazłam się w tej kulturze, w jej tradycjach, jednak nie czuję się dziś stuprocentową Żydówką. Można powiedzieć, że znalazłam jakąś inną, specyficzną tylko dla mnie tożsamość, niepasującą do żadnego pudełka. 

Dodajmy też, że nie odczuwam potrzeby przynależności do żadnej zorganizowanej religii, bo przecież Bóg nie ma religii. Ta jest wynalazkiem człowieka, a więc nieistotne, jak ubieramy się do modlitwy albo do jakiej świątyni się udajemy, prawda?

Materiał powstał we współpracy z wydawnictwem Świat Książki