
Określenie "pożydzić", jakim posłużyła się Bożena Dykiel, to tylko jedno z pozornie neutralnych i niewinnych słów, którymi jednak łatwo kogoś urazić. Czy od negatywnych stereotypów w naszym języku można uciec?
W poniedziałek użytkownicy naTemat gorąco dyskutowali o słowach Bożeny Dykiel, która mówiąc o skąpstwie stacji TVN użyła słowa "pożydzić". Wielu internautów było oburzonych. Ktoś sformułował nawet neologizm "dykielić", który ma oznaczać "używanie publicznie rasistowsko nacechowanych słów bez krzty refleksji i w stanie niezmąconego samozadowolenia".
Jacob
Wiele osób broniło jednak Dykiel i apelowało, by “nie popadać w paranoję”.
Paweł
Wiele osób wskazywało też, że polski pełen jest wyrażeń i określeń odwołujących się do innych narodowości. “Czeski film”, “udawać Greka”, “nie rozumieć za chińskiego boga” i “siedzieć jak na tureckim kazaniu” – to najbardziej oczywiste przykłady. Jak jednak słusznie zwrócił uwagę na swoim blogu Marek Siwiec, problemem jest to, że słowo “pożydzić” wspiera negatywny stereotyp na temat Żydów. A już w przypadku “czeskiego filmu” przecież tak nie jest. Czy można sobie wyobrazić, że jakiś Czech mógłby się za takie słowa obrazić? Chyba nie. Za to łatwiej przychodzi nam samym irytować się, gdy słyszymy któryś z popularnych w USA “Polish jokes”.
Stereotypy zaklęte w języku Problem z wypowiedzią Bożeny Dykiel jest taki, że nie użyła słowa “pożydzić” ze świadomą intencją obrażenia kogoś. Sformułowanie, które wielu mogło dotknąć, wydawało się jej w pełni naturalne, bo zwrot ten jest mocno zakorzeniony w polskiej kulturze i codziennym języku. Ale, jak zauważył w rozmowie z naTemat Piotr Kadlčik, przewodniczący Gminy Żydowskiej w Warszawie, tłumaczenie się wpływem środowiska nie jest do końca uprawnione:
Piotr Kadlčik
przewodniczący Gminy Żydowskiej w Warszawie
Warto zwrócić uwagę, że problem negatywnego ładunku znaczeniowego, ukrytego głęboko w naszym języku, nie dotyczy tylko mniejszości etnicznych, ale także seksualnych, a nawet kobiet. W niedawnym wywiadzie dla naTemat Aleksander Kuczek mówił np. o pozornie neutralnym, “naukowym” terminie “homoseksualizm”:
Anna Dryjańska z Fundacji Feminoteka podkreśla jednak, że ów “językowy problem” dotyczy także sytuacji kobiet. – Warto zwrócić uwagę, że jeśli chodzi o używanie form męskich i żeńskich do opisu nazw zawodów, funkcji czy stanowisk, mamy w języku polskim daleko posuniętą asymetrię. Kwestia nazewnictwa jest bardzo wyraźnie powiązana z prestiżem. W przypadku mniej prestiżowych zawodów nie mówi się o kobiecie sprzątaczu lub salowym, ale już nazwy stanowisk takich jak prezydent i premier powszechnie funkcjonują jedynie w męskiej formie – argumentuje.
Nie tylko słowa Dryjańska mówi też o tzw. degradacji semantycznej, objawiającej się w tym, że słowa związane z kobiecością często nabierają pejoratywnego wydźwięku. Przykład? – Powiedzieć o mężczyźnie, że jest zniewieściały. Odwołanie do cech kobiecych sugeruje w tym przypadku, że jest to mężczyzna niepełnowartościowy. Ale przykład słów Bożeny Dykiel pokazuje, że problem nie dotyczy tylko kwestii płci. Mówiąc “żydzić” lub “ocyganić”, często nieświadomie oczerniamy Żydów lub Romów, utrwalając krzywdzący stereotyp o tych mniejszościach etnicznych – mówi Dryjańska.
W dyskusjach wokół słów Dykiel popada się wiele głosów mówiących “Nie popadajmy w paranoję. Jeśli stale będziemy myśleć tylko o tym, czy używając jakiegoś słowa kogoś nie urazimy, to wkrótce nie będziemy już mogli nic powiedzieć”. Anna Dryjańska tłumaczy jednak, że język to nie tylko ekspresja: – Wiele osób twierdzi, że to tylko słowa, ale zauważmy, że słowa tworzą przecież rzeczywistość, kształtują to, jak postrzegamy innych i jak się wobec nich zachowujemy – mówi.
