Fot. Sylvester Stallone w filmie "Niezniszczalni 3". Źródło: 0070056/Reporter

22 września do polskich kin wejdzie czwarta odsłona "Niezniszczalnych", w której dawne legendy kina akcji połączą siły, by raz jeszcze uratować świat mocą zaciśniętych pięści i miliona wystrzelonych pocisków. Tylko... coś nie wyszło.

REKLAMA

Tytuł "Niezniszczalni" brzmi naprawdę nieźle, zwłaszcza w kontekście filmów o grupie nieustraszonych i świetnie wyszkolonych najemników, których wysyła się na najbardziej niebezpieczne misje. Oczywiście "Expendables" (oryginalna nazwa serii) oznacza coś innego – w dosłownym tłumaczeniu to coś, co jest przeznaczone do użycia, a następnie porzucenia lub zniszczenia.

Już pod koniec tego miesiąca przekonamy się, czy tytuł, jaki ponad dekadę temu nadano serii filmów akcji z weteranami tego gatunku, nie stanie się dla niej proroczy. Na chwilę obecną szacuje się, że czwarta odsłona "Niezniszczalnych" zaliczy najgorsze otwarcie ze wszystkich dotychczasowych części.

Tymczasem w sieci można już zobaczyć wyjątkowo krwawy zwiastun filmu, sugerujący, że będzie on niejako odtrutką na cukierkowe kino PG-13, jakie od lat serwują nam Marvel i DCEU. Może to i dobrze? Jeżeli już odchodzić, to z hukiem. Nawet jeżeli mało osób zobaczy fajerwerki.

Pomysłodawcą serii był Sylvester Stallone, który ma na koncie resuscytacje takich serii, jak "Rocky" czy "Rambo". W wypadku "Niezniszczalnych" stawka była jednak znacznie wyższa. Chodziło przecież o wskrzeszenie całego gatunku kina akcji, a raczej jego "staroszkolnej" odmiany.

W latach 80. czy 90. ubiegłego wieku – gdy akcyjniaki królowały niepodzielnie w każdej przydrożnej wypożyczalni kaset VHS – pojawienie się na jednym ekranie tylu znanych nazwisk filmowych twardzieli byłoby dla koneserów takiego kina wydarzeniem na miarę aktorskiego pojedynku Pacino i De Niro w "Gorączce" Michaela Manna.

Tak się oczywiście nie stało. Wtedy Stallone i Schwarzenegger się nienawidzili (przynajmniej do czasu otwarcia sieci restauracji Planet Hollywood), zresztą i tak każdy wolał wtedy działać solo.

Kumulacja sił Stallone'a, Dolpha Lundgrena, Rourke'a, a później też Van Damme'a, Willisa i Schwarzeneggera nastąpiła więc stosunkowo późno, ale nie przeszła bez echa.

logo
Fot. Scena z filmu "Niezniszczalni 3". Źródło: 0070056/Reporter.

Pierwsza część "Niezniszczalnych" zarobiła podczas otwarcia ponad 34 miliony dolarów, druga już ze spadkiem, bo ponad 28 milionów. Natomiast trzecia odsłona cyklu zaliczyła wynik na otwarcie niecałe 16 milionów dolarów.

Jak podaje serwis boxofficepro.com – szacuje się, że "Niezniszczalni 4" zarobią w Stanach Zjednoczonych na otwarciu 13-18 milionów dolarów (zarabiając całościowo w Ameryce 31-45 milionów dolarów).

Jakim cudem powstają więc kolejne części? Sytuację ratują globalne przychody. Na chwilę obecną największym sukcesem finansowym może poszczycić się druga część, która zarobiła na świecie 314 milionów dolarów (kolejna już o równo 100 milionów mniej).

Seria "Niezniszczalni" wciąż więc pozostaje rentowna, nie da się jednak ukryć, że ten magiczny eliksir nostalgii, na którego bazie powstały te filmy, jest już na wykończeniu.

Nie powinno to jednak nikogo dziwić. Wszakże całość zdaje się wciąż eksploatować ten sam pomysł z 2010 roku, czyli: wrzućmy w jeden film różne znane nazwiska i wymyślmy dla nich wspólne sceny akcji.

Paradoksalnie słabą stroną serii może być też... tytułowa (przynajmniej w polskim tłumaczeniu) "niezniszczalność" głównych bohaterów. Dlaczego bowiem mam się angażować emocjonalnie w nawet najbardziej niebezpieczne misje bohaterów, kiedy jestem prawie pewien, że ostatecznie każdy z nich wyjdzie z opresji cało.

Przy tak niekorzystnych rokowaniach finansowych dla zbliżającej się produkcji powstaje pytanie, czy jesteśmy właśnie świadkami historii zataczającej koło? Raz już przecież byliśmy świadkami przemijania tych bohaterów, których epoka też jest już głównie wspomnieniem. Ich filmy dostawały coraz mniejsze budżety, a co za tym idzie, niekiedy dostawały też ograniczoną dystrybucję.

Oczywiście tak pokaźna obsada kinowych twardzieli otwiera też drzwi dla spin-offów, mogących przedstawiać indywidualne przygody poszczególnych bohaterów serii. Myślę tu oczywiście o roli Jasona Stathama, który ma na swoim koncie już spin-off "Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw" u boku Dwayne'a Johnsona.

Trudno byłoby tylko wtedy przewidzieć, z kim musiałby się wtedy zmierzyć. Większość kinowych drani została już pokonana. Natomiast ci, którzy zostali na polu bitwy... pokazali, że są niezniszczalni.

Czytaj także: