
Gdy indyjski koncern Tata, który oprócz samochodów produkuje także herbatę Tetley, przejmował przedsiębiorstwo Jaguar Land Rover, wielu dziennikarzy śmiało się z tego ruchu, wróżąc firmie niechybną klęskę. Powtarzali bełkot "ekspertów", którzy nie przewidzieli trafnie w ostatniej dekadzie żadnego procesu w światowym przemyśle samochodowym. Ja cierpliwie czekałem, widząc, że nie zamykają produkcji Defendera, co dawało im w moich oczach kredyt zaufania.
REKLAMA
Podsumowanie minionego roku w JLR zaplanowano w Genewie, w przeddzień salonu samochodowego, w Parc des Eaux Vives, miejscu niezmiernie ważnym dla Jaguara - tu w 1961 roku przedstawiono dziennikarzom przełomowy model E-Type. W tym samym miejscu można było bliżej poznać nowy, bardzo obiecujący F-Type, ale nie to było najważniejsze. Ralf Speth, wąsaty niemiecki szef firmy, mówił o dokonaniach i planach, samofinansowaniu działu badawczo-rozwojowego, i o ponad 400 milionach funtów zysku. Jego pewność siebie nie wynikała z choroby umysłowej albo innej formy psychicznej niestabilności, jak u niektórych prezesów firm produkujących samochody, ale ich nie sprzedających.
Jaguar Land Rover konsekwentnie nie pakuje się w segmenty rynku, gdzie nawet sprzedaż milionów sztuk tanich samochodów nie gwarantuje pozytywnych efektów. Co najważniejsze, zaczęto wydawać pieniądze na rzeczy, które nie są niezbędne - a to oczywista oznaka dobrobytu. Działa w firmie departament, który zajmuje się badaniami technologii przyszłości, takich, które być może nigdy się nie przydadzą. O ile grupa inżynierów, która szykuje do produkcji seryjnej hybrydowego Range Rovera (powiedziano mi w tajemnicy, że w terenie radzi sobie lepiej od innych wersji), ma do dyspozycji ogromne środki i tłum ludzi, tutaj jest bardziej kameralnie i oszczędnie.
Zobacz także: Ford Mustang Boss 302 - THIS IS NOT AMERICA
Zbudowali zdolni pracownicy tegoż departamentu oto kilka prototypów całkowicie elektrycznego Land Rovera Defendera. Można powiedzieć, że to odpowiedź na pytanie, którego nikt nie zadał, owoc pracy Latającego Cyrku Monty'ego Pythona, a nie twardo stąpających po ziemi inżynierów. Wariactwo bez sensu. Ale... sens ma. Przede wszystkim dlatego, że wybrano samochód, który przez swą archaiczną konstrukcję czyni pracę konstruktorów trudniejszą, zmusza ich do szukania niecodziennych, nieszablonowych rozwiązań. Dla uproszczenia udało się stworzyć chłodzenie napędu powietrzem, a nie cieczą, co oznacza, że nie ma skąd wziąć ciepła do ogrzewania kabiny - konieczne jest więc ogrzewanie postojowe.
Silnik elektryczny zasilany jest z zespołu akumulatorów, zbudowanego przez tę samą firmę, która zbudowała podobny dla elektrycznego prototypu Rolls-Royce'a. Wóz niesamowicie skutecznie porusza się w ciężkim terenie, co zawdzięcza zachowaniu stałego napędu na cztery koła i charakterystyce silnika elektrycznego. Nikt nie myśli o wprowadzeniu go do produkcji, ale może kiedyś powstanie jakieś podobne auto, służące do wożenia turystów na przykład po afrykańskim rezerwacie przyrody. Nadawałby się elektryczny Defender także do skradania się w pobliże krwiożerczych kłusowników, mordujących chronione słonie i nosorożce. Nie jest firmie niezbędny, powstał dlatego, że aby móc w przyszłości odpowiedzieć kompetentnie na pytania, związane z elektryczną mobilnością, najpierw trzeba wiedzieć, jakie pytania zadać.
I to jest sedno całej sprawy. Zamiast śmiać się z indyjskich inwestorów, którzy pewnie lubią Chicken Tikka Masala (danie zresztą wymyślone przez Hindusów w Londynie, a nie w Delhi), warto się od nich czegoś nauczyć. Na przykład tego, jak nie zabić w takiej firmie inwencji i oryginalności, nie narzucać swojego zdania w kwestiach, w których nie jest się mistrzem świata. Kryzys nie jest klęską żywiołową, tylko okazją, by zdobyć przewagę nad rywalami. I to właśnie robi firma ze śmiesznym inwestorem z Indii. Śmiesznym? Już nie.