
Jego rówieśnik Lennox Lewis nie boksuje już od dekady, a rok młodszy Mike Tyson od ośmiu lat. Mimo 48 lat na karku Bernard Hopkins nie czyta gazet w domowych kapciach, ale… zdobywa kolejny tytuł mistrza świata. W sobotę B-Hop ponownie został najstarszym mistrzem świata w boksie. I to mimo matki alkoholiczki, potrójnego ugodzenia nożem i sześcioletniego pobytu w więzieniu.
REKLAMA
Powracający niedawno na ring Andrzej Gołota – na pytania o powód jego kolejnej walki – z lubością przywoływał przykład Georga Foremana, który w wieku 45 lat, 9 miesięcy i 26 dni zdobył tytuł mistrza świata federacji IBF i WBA. Okazuje się jednak, że wyczyn wielkiego czempiona sprzed 19 lat, to już tylko odległa historia. Tę najnowszą, jeszcze bardziej imponującą, tworzy na naszych oczach Bernard Hopkins. Amerykanin najpierw w 2011 roku zabrał Foremanowi tytuł najstarszego bokserskiego mistrza świata (gdy pokonał Jeana Pascala miał 46 lat, 4 miesiące i 6 dni), a w sobotę pobił własny rekord zdobywając pas IBF w wadze półciężkiej w wieku… 48 lat!
Zobacz także: Andrzej Gołota i Przemysław Saleta. Razem mają 90 lat. Dlaczego dziadkowie wracają na ring
O długowieczności Hopkinsa mogłyby powstawać książki. Jego rówieśnik Lennox Lewis przestał boksować dokładnie dziesięć lat temu. Rok młodszy Mike Tyson karierę zakończył w 2005 roku; w międzyczasie zdążył zbankrutować i reklamować polski napój energetyczny. Aktualny mistrz świata wagi ciężkiej federacji WBC Witalij Kliczko, który za kilka miesięcy zakończy bokserską karierę, urodził się sześć lat po Hopkinsie. A ten – jakby zapominając o dacie swojego urodzenia – nie tylko wciąż walczy, ale także wygrywa.
Jednogłośne zwycięstwo na punkty (117:111, 116:112, 116:112) z niepokonanym dotychczas 31-letnim Tavorisem Cloudem, który teoretycznie mógłby być synem Hopkinsa, to wydarzenie bez precedensu. W Nowym Jorku w brooklyńskim Barclays Center B-Hop zaprzeczył regułom biologii. Wspomniany już George Foreman po pojedynku z Michaelem Moorerem – jak wspominał niedawno w rozmowie z naTemat Dariusz Michalczewski, który tamtą walkę oglądał na żywo w Las Vegas – „był tak poobijany, że nie widział na oczy, a na konferencji prasowej nie mógł założyć na nos okularów”.
Wtedy wielkiemu mistrzowi wyszedł jeden, zabójczy cios, który powalił rywala na deski. W tym przypadku Hopkins podczas walki zaprezentował cały wachlarz bokserskich umiejętności, o jakich młodzi fighterzy mogą tylko pomarzyć.
Hopkins rozpoczął spokojnie. Skupiał się na kontrataku, często klinczował. Do piątej rundy Amerykanin kontrolował walkę, od czasu do czasu sięgając Clouda mocnym prawym. We wspomnianej rundzie postanowił zaatakować 31-letni „The Thunder”, ale skończyło się to dla niego kilkoma celnymi ciosami Hopkinsa, który nawet przez moment nie okazał słabości. Kolejne rundy potwierdziły dominację mistrza i tylko cios nokautujący mógł dać Cloudowi wygraną. Tak się jednak nie stało i długowieczny Hopkins mógł cieszyć się z 53. zwycięstwa w karierze.
W życiu Hopkinsa nie brakowało jednak momentów, które mogły sprawić, że straciłby on nie tylko szansę na boksowanie, ale także życie. Tak jak wtedy, gdy jako nastolatek trzykrotnie został ugodzony nożem. Albo gdy kilka lat później sąd za wielokrotne przestępstwa skazał go na 18 lat pozbawienia wolności. Albo, gdy już za kratami jednego z jego współwięźniów zgwałcono, a innego zamordowano za… paczkę papierosów.
O ile – jak mówił nam trener Andrzeja Gołoty Janusz Gortat – Andrew w szkole był szturchany przez kolegów, o tyle Hopkins od najmłodszych lat musiał walczyć o przeżycie na ulicach Filadelfii. Dojrzewał w patologicznym domu z matką alkoholiczką, więc nietrudno zgadnąć, że szybko wpadł w złe towarzystwo. Był członkiem kilku lokalnych gangów: dokonywał włamań, napadał, brał udział w bójkach. Wielokrotnie musiał mierzyć się ze starszymi rywalami z którymi czasami udawało się wygrać. Szczęście dopisywało Hopkinsowi do 17 roku życia. Wtedy za kolejny rozbój trafił przed sąd, który sumując kryminalne dossier czarnego buntownika orzekł wyrok, który każdego zwaliłby z nóg: 18 lat więzienia.
Za kratami ludzie stają się albo jeszcze gorsi, albo przechodzą całkowitą przemianę. Tak było w przypadku Hopkinsa. Nie tylko zrozumiał błędy młodości, ale także całkowicie zmienił podejście do życia. Zdobył dyplom szkoły średniej, na poważnie zajął się boksem. W międzyczasie zmienił także religię i przeszedł na islam. Po wyjściu z więzienia (w roku 1988, po odbyciu sześciu lat kary) zaczął wspierać organizacje charytatywne. Jeżeli spuszczał komuś łomot, to tylko w ringu. A robił to wyjątkowo często.
Choć na samym początku przegrał z nieznanym dziś Clintonem Mitchellem, to kolejne kroki w bokserskiej karierze wykonywał bardzo sprawnie. Po wygranej z Gregem Paigem odniósł dwadzieścia kolejnych zwycięstw. Pięć lat po wyjściu z więzienia Hopkins otrzymał szansę o jakiej marzył: walka z legendarnym Royem Jonesem Juniorem. Mimo złamanej ręki Roy Jones pokonał Hopkinsa i jego marzenia o mistrzowskim tytule przełożył w czasie aż do kwietnia 1995, kiedy Hopkins pokonał na punkty Segundo Mercado. Jak pokazała przyszłość, Hopkins o RJJ nie zapomniał.
Od tamtego pojedynku do dziś minęło… 18 lat! Kilka miesięcy wcześniej Foreman pokonał Moorera, w Stanach powstał portal Yahoo!, a premierem Polski został Józef Oleksy. Minęły prawie dwie dekady, a Hopkins do swojej długiej listy pokonanych dopisuje kolejne nazwiska. Spośród dziesiątek wymienić warto Keitha Holmesa, Felixa Trinidada, Oscara de la Hoye, Antonio Tarverem, czy w końcu Roya Jonesa Juniora, na którym Hopkins wziął rewanż w 2010 roku.
Co dalej z Hopkinsem? Pobić może już tylko swój własny rekord i to po raz kolejny. W boksie zawodowym zrobił już wszystko – za walki zarobił kilkadziesiąt milionów dolarów (łącznie ponad 100 mln.), które zainwestował – podobnie jak Andrzej Gołota – w nieruchomości. Niezależnie od decyzji Hopkinsa pięściarz na pewno pozostanie przy boksie. Od kilku lat jest udziałowcem w grupie promotorskiej Oscara de la Hoyi Golden Boy Promotion, w której zajmuje się zawodnikami ze wschodniego wybrzeża USA będąc jednocześnie prezesem filii Golden Boy East.
Na pewno nie będzie się nudził. A może po prostu poczeka na kolejnego rywala i… znów go pokona.