89-letnia kobieta zmarła, bo musiała czekać na pogotowie z innego miasta.
89-letnia kobieta zmarła, bo musiała czekać na pogotowie z innego miasta. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Przewiezienie pacjentki z jednego oddziału na drugi zajęło 1,5 godziny. Choć budynki szpitala w Skierniewicach oddalone są o 150 metrów, lekarze ściągali karetkę aż z Łodzi. W tym czasie kobieta zmarła.

REKLAMA
Absurd w pogotowiu. Jak pisze "Gazeta Wyborcza", na oddział ratunkowy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Skierniewicach zgłosiła się 89-letnia kobieta ze złamaniem kości ramiennej. Po tym, jak kość poskładano, pacjentka zaczęła się skarżyć na bóle w klatce piersiowej. Ponieważ wcześniej przeszła już dwa zawały, lekarze podejrzewali kolejny. Pacjentkę trzeba było przetransportować na oddział intensywnej terapii i jak najszybciej rozpocząć badania. Odległość do budynku z docelowym oddziałem wynosiła 150 metrów (szpital składa się z kilku pawilonów).
Chorych między oddziałami wożą dwie karetki. Pierwsza pracuje tylko między godzinami 8 a 16. W czasie, kiedy była potrzebna starszej pani, stała zamknięta na klucz. Druga, należąca do stacji ratownictwa medycznego, była zajęta. Ortopeda, który opiekował się pacjentką (jej stan pogarszał się z minuty na minutę), zadzwonił więc… na pogotowie. Najbliższy ambulans, który spełniał wymogi zawarte w ustawie o ratownictwie medycznym był w Łodzi. Karetkę co prawda wysłano, ale z Łodzi do Skierniewic jest 70 kilometrów. Pacjentka znalazła się na intensywnej terapii dopiero półtorej godziny po wezwaniu.
Sprawę bada prokuratura. To kolejny w ostatnich tygodniach przypadek nieprawidłowości w pogotowiu. Kilka tygodni temu w Łodzi zmarła 2,5-letnia dziewczynka, do której karetka nie przyjechała po pierwszym wezwaniu. Po tym zdarzeniu Jerzy Owsiak postawił pod znakiem zapytania dalszą pomoc WOŚP dla medycyny dziecięcej.