
Minionej nocy z portalu YouTube usunięto kanał tygodnika "NIE", na którym Jerzy Urban publikował swoje kontrowersyjne filmy satyryczne. Profil został już przywrócony, więc internauci znów mogą bez przeszkód oglądać aktorskie popisy byłego rzecznika rządu PRL. Nie ustają jednak kontrowersje związane z jego chwilową nieobecnością. Google Polska zapewnia, że była ona spowodowana przypadkowym błędem. Urban twierdzi natomiast, że otrzymał "zakaz pokazywania się w YouTube".
Środowy poranek był wyjątkowo nieprzyjemny dla wszystkich wielbicieli Jerzego Urbana oraz jego redakcyjnych kolegów. Z portalu YouTube usunięto bowiem, bez żadnej zapowiedzi czy ostrzeżenia, oficjalne konto tygodnika "NIE", gdzie znajdował się zbiór krótkich filmów satyrycznych, które Urban z zamiłowaniem nagrywa od września zeszłego roku.
Wydawało się więc, że kolekcja przepadła na dobre i internauci nie zobaczą już Urbana wykopującego szkielet własnej matki, siedzącego na sedesie czy zakładającego sobie na szyję stryczek. Na szczęście dla miłośników "NIE", konto po kilku godzinach powróciło, a wraz z nim pojawiły się znów kontrowersyjne nagrania.
Dlaczego jednak profil zniknął? Początkowo Urban przekonywał na swoim blogu, że jego nieobecność była efektem "nagłego ataku cenzury". Później, gdy konto przywrócono, napisał, że otrzymał "zakaz pokazywania się w YouTube", gdzie jego twórczość filmową oglądało około 5 mln widzów.
Jerzy Urban
Piotr Zalewski z firmy Google, do której należy YouTube, powiedział nam jednak, że zawirowania związane z kontem tygodnika "NIE" były następstwem przypadkowego błędu.
Piotr Zalewski
Google Polska
Jerzy Urban: Spowiedź świecka
Nie wierzy w Boga, ale wierzy w siebie. Twierdzi, że nie posiada sumienia. Polszczyznę uznaje za własne więzienie. Jerzy Urban dba o swój wizerunek prowokatora. Nam udało się namówić redaktora naczelnego "NIE", byłego rzecznika rządu PRL, do wskazania życiowych błędów i wypaczeń. CZYTAJ WIĘCEJ
