
Utworzenie koalicji rządowej po ostatnich wyborach parlamentarnych było koniecznością, jeśli partie demokratyczne chciały odebrać pierwszemu na mecie PiS władzę. Głosy wyborców rozproszyły się na trzy podmioty, także zresztą koalicyjne.
Jedna z tych "mniejszych" koalicji już nie istnieje – Partia Razem nie weszła do rządu, a jesienią wyszła też z klubu parlamentarnego Nowej Lewicy i obecnie jest opozycją wobec gabinetu Donalda Tuska, obok PiS i Konfederacji.
Druga "mniejsza" koalicja, Trzecia Droga, wydaje się już być bytem fasadowym, dokonującym swego żywota. Jej twórcy byli motywowani wyłącznie lękiem o wynik wyborczy – gdyby PSL i PL2050 wystartowały samodzielnie, mógłby się pojawić kłopot z przekroczeniem przez nie progu, a nawet jeśli, to system przeliczania głosów na mandaty, premiujący koalicje, dałby im osobno mniej posłów niż ostatecznie wprowadzili razem.
Strach to trwałe spoiwo
I wciąż w tym przypadku działa. To obawy Władysława Kosiniaka-Kamysza przed kolejną, wstydliwą porażką własną lub innego ludowca, bo wybory prezydenckie nie są sztandarową konkurencją PSL, trzymają go przy Hołowni. Bo lider Polski 2050 to ryzyko wziął na siebie i – jeśli obecne sondaże zmaterializują się przy urnie – zaliczy słaby, jednocyfrowy wynik i będzie miał problem z utrzymaniem spoistości swojej młodej, nieokrzepłej jeszcze oraz niezakorzenionej w terenie partii.
Wielce prawdopodobny jest koniec Trzeciej Drogi jeszcze latem tego roku. Wskazują na to obecne konflikty w jej łonie. Gdy PL2050 postuluje obowiązkowe badania okresowe dla myśliwych, to PSL głosuje za odrzuceniem tego projektu w pierwszym czytaniu, a wcześniej głośno i wyraźnie wyraża dla tego rozwiązania swoją dezaprobatę.
To jeden tylko przykład z ostatnich dni. Ten protokół rozbieżności jest coraz grubszy, a wspólnego mianownika nie ma. Także kuluarowe wypowiedzi polityków obu formacji o sobie nawzajem świadczą o narastającym kryzysie i rozchodzących się drogach.
Najwięcej jednak napięć jest na linii największy aktor, Koalicja Obywatelska a mniejsi partnerzy z rządu. Modelowym przykładem jest zawstydzająca kłótnia o edukację zdrowotną, przedmiot, który od przyszłego roku szkolnego miał być obowiązkowym. Od wielu miesięcy (podstawę programową ogłoszono w październiku) prace nad nim prowadził MEN i Barbara Nowacka.
Kontrowersje i wątpliwości nie zostały wyjaśnione w trakcie konsultacji międzyrządowych, tylko – za sprawą ludowców – doprowadziły do publicznej awantury i upokorzenia Nowackiej (broniła obligatoryjności przedmiotu, a po sprzeciwie ludowców i deklaracji premiera, że "lepsza dobrowolność niż przymus", musiała połknąć własny język). Nowacką wspierała lewica, stąd i ona musiała przełknąć gorycz porażki, a PL2050 próbowała ustawić się gdzieś pośrodku.
Nie ma dnia, by koalicjanci nie recenzowali się nawzajem, nie wyzłośliwiali się w mediach społecznościowych, nie zgłaszali weta czy nie dystansowali się od siebie – wręcz na tym głównie polega ich polityka komunikacyjna, coś w stylu: "proszę pamiętać, że ja byłem przeciw".
Rozpoczęta w minionym tygodniu oficjalnie kampania wyborcza tylko to podbija – Szymon Hołownia zapewne nadal będzie udawał polityka opozycji, recenzującego obcy rząd, a Magdalena Biejat, mimo wzięcia na sztandary głównie spraw socjalnych, będzie musiała w końcu upomnieć się o aborcję i związki partnerskie.
Wszyscy troje walczą o niemal ten sam kawałek tortu – im mniejszy kawałek przypadnie jednemu, tym dla drugiego szansa na dwa kęsy więcej. Zatem nie będzie sentymentów, z oczywistą szkodą dla wizerunku rządu i sejmowej większości. Ale też relacji międzyludzkich – niby wszyscy wiedzą, jaka jest polityczna logika, ale niesmak pozostaje, gdy wciąż jedni próbują postawić pod ścianą drugich. Nie lepiej zresztą wygląda sytuacja w terenie, o czym opowiadał mi jeden z liderów – na poziomie powiatów i województw partie rywalizują ze sobą na śmierć i życie.
Przy okazji rocznicowych podsumowań, obserwatorzy zwracali uwagę na lepiszcze – jest nim Jarosław Kaczyński i widmo zemsty, jaką PiS planuje, a nawet publicznie zapowiada. Wracamy więc do strachu. Tak, to KO, NL i TD trzyma w kupie. Ale nie zawsze udaje się kontrolować sytuację, stąd dalsze mnożenie nieporozumień oraz niechęci może w końcu zyskać własną dynamikę i wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz pragmatycznym interesom doprowadzić do dezintegracji obecnego obozu władzy.
Wszak polityka to ludzie, a ludzie to emocje, często irracjonalne. Skłóconych koalicjantów mogą też ukarać wyborcy, bo nie znoszą, kiedy politycy zajmują się sami sobą, a tak są interpretowane konflikty na szczycie.
Wreszcie, nieustanne szachowanie siebie nawzajem, doprowadzi do tego, że niczego nie będzie, prócz bieżącego administrowania sprawami państwa, czego obywatele nie zauważają, czekając na efekt w postaci faktycznej zmiany rzeczywistości i realizację obietnic.
Politykę koalicyjną często opisuje się jako walkę buldogów pod dywanem. Otóż w przypadku tego rządu buldogi już dawno zeżarły dywan, a teraz gryzą się publicznie. Nie wiem, czy w ferworze tej wewnętrznej wojny dostrzegają, że od lipca ten rząd ma więcej przeciwników niż zwolenników (CBOS), a według najnowszych sondaży, gdyby do wyborów parlamentarnych doszło teraz, to Polską nie rządziliby oni, tylko koalicja PiS-u i Konfederacji.
Sygnały ostrzegawcze są wyraźne. Trzeba je tylko potraktować poważnie. Albo robić tak, jak do tej pory. Ale takiej strategii raczej niepisany jest sukces.