Islandczycy wybiorą nowy parlament, ale o jakiekolwiek przewidywania trudno.
Islandczycy wybiorą nowy parlament, ale o jakiekolwiek przewidywania trudno. Fot. Shutterstock

Jeśli ktoś myślał, że Islandia przeżyła polityczne trzęsienie ziemi w wyborach po wybuchu kryzysu, to co dzieje się w islandzkiej polityce w ostatnich miesiącach porównać może jedynie do tsunami.

REKLAMA
W 2008 roku Islandię dotknął silny kryzys gospodarczy, który spowodowany był niekontrolowanym rozrostem systemu bankowego. Z dnia na dzień wyspa, na której aktywa banków 9-krotnie przewyższały PKB a mieszkańcy zaciągali kolejne kredyty na coraz to większe auta terenowe i domki letniskowe, patrzała na demontaż gospodarczego raju. Kryzys dotknął szczególnie mocno mieszkających na Islandii Polaków, których wielu pracowało w przemyśle budowlanym. W 2007 roku stanowili oni prawie 6% mieszkańców kraju, dzisiaj - połowę tego.
Po protestach ulicznych, wybory w 2009 roku wygrała lewica. Premier Jóhanna Sigurðardóttir zasłynęła faktem, że jest pierwszą na świecie przywódczynią rządu, która przyznaje się do swojej orientacji homoseksualnej. Jednak Jóhanna (Islandczycy nie mają nazwisk, a jedynie patronimiki, więc zawracają się do siebie używając imion) to wytrawny polityk. W Alhingu (parlamencie) zasiada od lat 70. W 1990 przegrała wybory na szefa Sojuszu Socjaldemokratycznego. Wówczas pożegnała się z życiem publicznym słowami „Mój czas jeszcze nadejdzie!”, które na stałe weszły do języka islandzkiego. I nadszedł w momencie dla Islandii najtrudniejszym.
Jej gabinet rządził w trudnych czasach, prowadząc politykę zaciskania pasa wyprowadził kraj na prostą. Wyspa znów odnotowuje wzrost gospodarczy, bezrobocie nie przekracza 6%, masowo rozwija się turystyka. „Forbes” opisywał islandzki scenariusz wychodzenia z kryzysu jako przykład dla innych a „The Economist” uwzględnił Jóhannę na liście 100 najważniejszych kobiet na świecie. Jednak cena za niepopularne reformy jest wszędzie taka sama - utrata poparcia. Dziś socjaldemokraci i koalicjanci z Ruchu Zielonych-Lewicy mogą liczyć odpowiednio na 10 i 6%. Jóhanna zrezygnowała już z szefowania partii i zapowiedziała, że ostatecznie wycofuje się z polityki.
Przez ostatnie lata na kryzysowej polityce rządu rosło jak na drożdżach poparcie dla Partii Niepodległości. Jest to o tyle ciekawe, że ta największa w kraju partia, która rządziła krajem przez większość czasu od uzyskania niepodległości, jest uważana za głównego winowajcę wybuchu kryzysu. Jej premier z lat 2006-09 Geir Haarde został postawiony przed sądem karnym i sądzony za spowodowanie kryzysu. Proces, który zakończył się uniewinnieniem z większości zarzutów, w oczach Islandczyków odebrany był jako farsa a poparcie dla konserwatystów zaczęło znów rosnąć. W 2012 sięgnęło nawet 50% i niepodległościowcy szykowali się na wybory jak na tryumfalny powrót do władzy.
Wszystko jednak stanęło na głowie dwa miesiące temu. Poparcie dla partii spadło przez ten czas do poziomu 18% i jest najniższe w historii. Winą za to obarcza się bezpośrednio przewodniczącego, Bjatniego Benediktssona. Zaczął gwałtownie tracić poparcie, kiedy wyszedł na jaw jego udział w zarządzie wielkiej spółki, która ogłosiła niewypłacalność podczas kryzysu pozostawiając na lodzie wielu inwestorów.
Ponadto wyborcy nieprzychylnie patrzą na jego zażarte żądanie zakończenia negocjacji akcesyjnych z UE (większość Islandczyków chce zakończenia negocjacji, choć sprzeciwia się samemu członkostwu) oraz postulat wprowadzenia podatku liniowego, który oznaczałby podwyżkę podatków dla najmniej zarabiających. W zeszłym tygodniu media spekulowały na temat rezygnacji Bjarniego z funkcji przewodniczącego, choć do wyborów pozostały jedynie 2 tygodnie.
Na kłopotach prawicy korzysta jej potencjalny koalicjant czyli Partia Postępu. Jest to tradycyjna partia wsi, którą łatwo można by porównać z PSL. Poparcie dla niej wystrzeliło w ciągu ostatnich trzech miesięcy o prawie 30% i właśnie w sondażach przekroczyło próg 40%-owy. Obserwatorzy przecierają oczy ze zdumienia, ponieważ w ostatnich latach „na farmerów” głosować chciało co najwyżej kilkanaście procent respondentów.
Dodatkowym magnesem przyciągającym wyborców jest obietnica redukcji zaciągniętych już kredytów mieszkaniowych o 20%. Wielu wykształconych mieszkańców stolicy zadaje sobie pytanie, czy 38 letni Sigmundur Davíð Gunnlaugsson nadaje się na premiera. Z pewnością sam nie spodziewał się, że ma szanse nim zostać, kiedy obejmował stanowisko. Zarzuca się mu brak doświadczenia, wizji i poglądów.
Do Althingu wejdzie także zapewne nowa partia Świetlana Przyszłość (11% w sondażach). Jest ona mutacją Najlepszej Partii, która na fali oburzenia społecznego wygrała wybory miejskie w Reykjaviku. Najlepsza Partia powstała jako postpolityczny żart, a jej lider-komik jest dziś burmistrzem stolicy. Niespodzianką ostatnich dni jest także 6%-poparcie dla Partii Piratów, na którą chce głosować co dziesiąty najmłodszy wyborca.
Zupełnie niespodziewanie kampania wyborcza w tym roku rozgrzewa umysły Islandczyków. O wyborach się dyskutuje. Takiego spektaklu z niespodziewanymi zmianami akcji nie było na wyspie wcześniej. Już mówi się, że będzie to historyczne głosowanie, ważniejsze nawet od tego z 2009 roku. O głosy wyborców walczy aż 15 partii i do końca nie wiadomo, ile przekroczy próg wyborczy. Nie wiadomo, czy Partia Postępu zdobędzie większość w parlamencie, czy będzie zmuszona szukać koalicjanta. Jeśli sojusz, to z kim? Kto zostanie premierem? Ten thriller zakończy się już 27 kwietnia.
Z Reykjaviku Miłosz Hodun, Projekt: Polska