
O wpływy z fotoradarów rozpętała się kilka miesięcy temu polityczna burza. Ale okazuje się, że szanse na 1,5 miliarda złotych, które zapisano w projekcie budżetu, są nikłe. Kierowcy jeżdżą bezpieczniej, a i system fotoradarów nie jest jeszcze tak rozbudowany jak planowało Ministerstwo Finansów.
Kiedy okazało się, że Ministerstwo Finansów zaplanowało na ten rok 1,5 miliarda złotych dochodów z systemu fotoradarów rozpętała się ogromna polityczno-medialna burza. "Zawszę się boję, gdy władza zaczyna dbać o moje bezpieczeństwo. A jak już zaczyna dbać o bezpieczeństwo całego narodu w ramach narodowego programu, to od razu, dzyń, dzyń, dzyń, słyszę dzwonki alarmowe, włączają mi się wszystkie alarmowe światełka i nie mam wątpliwości - władza robi mnie w konia" – pisał Tomasz Lis, a Janusz Palikot wzywał na swoim blogu w naTemat do obywatelskiego nieposłuszeństwa.
Naczelnemu "Newsweeka" odpowiedział na naszej stronie minister Sławomir Nowak. "Tomasz Lis powinien zwolnić" – pisał przekonując o zaletach fotoradarów.
Choć teraz o fotoradarach jest już ciszej, Jacek Rostowski do dziś jest nazywany "głównym fotografem rządu". Okazuje się, że jednak nie ma szans, żeby mityczne 1,5 mld zł wpłynęło do kasy państwa, bo w pierwszym kwartale 2013 roku Główny Inspektorat Transportu Drogowego zebrał z dróg tylko 22,4 mln złotych. Ta kwota wzrośnie, bo udało się ściągnąć tylko połowę należności, ale do 1,5 mld jeszcze sporo brakuje.
Jednak wkrótce radarów będzie jeszcze więcej. Na drogach mają pojawić się zarówno urządzenia mobilne, tradycyjne maszty, jak i odcinkowy pomiar prędkości. Jednak jak na każdym kroku zastrzegają przedstawiciele GITD celem rozbudowy systemu jest poprawa bezpieczeństwa. I efekty już widać, bo w porównaniu z marcem 2012, w tym roku zginęło o 88 osób mniej.
O burzy wokół fotoradarów pisał prof. Andrzej Blikle na swoim blogu w naTemat.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
