Pracownia Anny Szprynger, zdj. Anna Sidoruk
Pracownia Anny Szprynger, zdj. Anna Sidoruk

W ramach I edycji festiwalu „Otwarte mieszkania” w weekend 25-26 maja można było pomyszkować w prywatnych, na co dzień niedostępnych przestrzeniach, w których tworzą i mieszkają stołeczni artyści. Wbrew pozorom, spragnieni sensacji nie bardzo mieli tu czego szukać, choć atmosfera podglądactwa była wyczuwalna.

REKLAMA
Niemałą rolę odegrał z pewnością fakt, że w przypadku tych, którzy żyją ze sztuki, granica między przestrzenią pracy a mycia zębów i gotowania, bywa często niezwykle płynna. Jak słusznie stwierdza Paweł Drabarczyk, historyk sztuki i sekretarz redakcji miesięcznika „Art & Business”: - W Polsce często atelier artysty jest jednocześnie jego mieszkaniem, zatem otwarcie takiej przestrzeni to nie tylko wpuszczenie publiczności do miejsca warsztatu, ale zwykle także do kuchni, łazienki i salonu.
Jednak w projekcie "Otwarte mieszkania" bardziej niż o wojeryzm chodziło o gościnę udzieloną zwiedzającym zarówno przez młodych, jak i metrykalnie zaawansowanych już twórców, oraz pokazanie atmosfery starych budynków, w których nie tylko dziś, ale również przed kilkoma dekadami tworzyli wybitni artyści. Wydarzenie zorganizowało w końcu Towarzystwo Opieki nad Zabytkami a nie producenci Big Brothera!
logo
zdj. dzieki uprzejmości TONZ, oddział w Warszawie

W „programie” znalazły się „miejsca związane z dziedzictwem artystycznym”, np. pracownia Andrzeja Sołygi (dawne miejsce pracy Barbary Zbrożyny) na Sadach Żoliborskich. Jak mówi Michał Krasucki, prezes TONZ-u, artyści zgadzali się na udostępnienie „Mieszkań sztuki” chętnie i zwykle bez długiego namawiania.
Jeżeli kogoś dziwi, że można dobrowolnie wpuścić do prywatnych pomieszczeń ponad setkę obcych ludzi, to należy przypomnieć, że podobne imprezy na Zachodzie organizowane są już od dawna – choćby festiwal Open Houses w Brighton, zapoczątkowany w 1982 roku. Krasucki zaznacza, że o podobnych wydarzeniach organizatorzy dowiedzieli się już po stworzeniu swojego („Otwarte mieszkania” są kontynuacją projektu „Mieszkania XX wieku”, zrealizowanego w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa 2012), pewnym punktem odniesienia były dla nich natomiast „Otwarte ogrody” - inicjatywa o prawie dziesięcioletniej już historii, odbywająca się co roku w miejscowościach podwarszawskich.
logo
zdj. dzięki uprzejmosci TONZ

- Wszyscy byli grzeczni, nic nie zniszczyli, nie było żadnych kłopotów - chwali tych, którzy wpadli z do niej „z wizytą”, artystka Ania Szprynger. Właścicielka pracowni przy Alei Solidarności 68 (gdzie przez lata tworzył „celebryta” PRL-u Jan Karczewski) przyjęła u siebie około 160 osób i zachęca, by w kolejnych edycjach wydarzenia ludzie nie bali się otwierać swoich domów dla publiczności. Tym bardziej, że dla twórców może to być świetna okazja do promocji ich prac.
- Goście zadawali sporo pytań nie tylko o miejsce, ale także o moje obrazy - opowiada Kuba Słomkowski (kolejny po Ani Szprynger artysta biorący udział w festiwalu, związany z domem aukcyjnym Abbey House), którego pracownia mieści się przy Hożej 51. Być może metoda, oparta na bezpośrednim kontakcie twórcy z odbiorcą sprawdzi się także w Polsce.
Jak stwierdza Paweł Drabarczyk, taka forma dotarcia artysty do odbiorcy może być niezwykle skuteczna: - Ludzie, którzy są zaproszeni, mile widziani u kogoś w domu, inaczej niż na gruncie instytucjonalnym, w galerii czy muzeum, nie czują obowiązku bycia hiper inteligentnymi, nie boją się zadawać pytań.
Ma to tym większe znaczenie, że "Otwarte mieszkania" przyciągnęły zaskakująco dużą liczbę zainteresowanych: ponad 300 osób odwiedziło dom własny Bohdana Lacherta i Józefa Szanajcy na ulicy Katowickiej na Saskiej Kępie, ponad 250 gości pojawiło się w Domu Funkcjonalnym przy ulicy Jakubowskiej. I w dużej mierze byli to ludzie, których niezbyt często można spotkać na wernisażach.
logo
Pracownia Zofii i Wojciecha Czerwoszów, zdj. Anna Jastrzębska

- Warszawa jest miastem ukrytym. Wszystko, co ciekawe, jest w nim ukryte, zatem festiwal jest korzystny nie tylko dla zwiedzających, ale i dla stolicy - widzi więcej korzyści z imprezy Anna Szprynger. Znamienne, że korzyści finansowych nie odniósł jej organizator. Wydarzenie zostało zrealizowane zupełnie „po kosztach”, bez żadnej dotacji, za pieniądze, które TONZ otrzymuje ze składek członkowskich (nieco ponad 30 złotych co roku).
logo
zdj. Anna Jastrzębska

Kto przegapił weekendowe wydarzenie, a przechodząc wieczorem obok rozświetlonych okien, nie może się powstrzymać, by zajrzeć przez nie do wnętrza budynku, niech nie rwie włosów z głowy – to nie koniec imprezy. Do września planowane są jeszcze spotkania w poszczególnych "Mieszkaniach sztuki", wycieczka rowerowa i duża debata problemowa. Nic, tylko (nie) wychodzić z domu!
Czytaj także: