Po latach działalności schronisko w Sobolewie w końcu zostało zamknięte. Zwierzęta trafiły w dobre ręce
Po latach działalności schronisko w Sobolewie w końcu zostało zamknięte. Zwierzęta trafiły w dobre ręce Fot. shutterstock.com

Ropiały. Były wychudzone, głodne do tego stopnia, że jadły słomę. Miały otwarte rany. – Kiedy człowiek sam, na własnych rękach, wynosi taką biedną, rudą, zalęknioną kulkę, to już nie jest po prostu wkurzenie, że gdzieś dzieje się coś złego. To jest już sprawa osobista – mówi Małgorzata z Warszawy, która z wraz z przyjaciółkami spontanicznie zabrała trzy psy ze schroniska w Sobolewie.

REKLAMA

Nazwa schroniska Happy Dog w Sobolewie na Mazowszu brzmi jak ponury żart. Dlatego internauci nazywają je patoschroniskiem. To określenie wydaje się znacznie bliższe prawdy. To właśnie tutaj około 180 czworonogów doświadczyło wszystkiego, co najgorsze.

Wiele zwierząt było skrajnie zaniedbanych. Miały ropiejące zmiany skórne, w żołądkach piasek i inne zanieczyszczenia. Jeden z psów miał obrożę wrośniętą w szyję. Zwierzęta żyły w ogromnym cierpieniu. Doświadczyły głodu i bólu.

Obrońcy zwierząt i aktywiści od lat walczyli o zamknięcie tego miejsca. W ostatnią styczniową sobotę czara goryczy się przelała.

"Nie mogłam przejść obojętnie obok krzywdy"

Przed schroniskiem zgromadzili się miłośnicy i obrońcy zwierząt. Protestowali przeciwko warunkom, w jakich żyją ich czworonożni przyjaciele.

Wśród nich była Małgorzata z Warszawy. Gdy tylko dowiedziała się o proteście, nie wahała się ani chwili. Wsiadła do samochodu razem z koleżankami, które na co dzień ratują zwierzęta po ciężkich przejściach.

Sama ma w domu dwa psy – oba przygarnięte, bo wcześniej były źle traktowane. Nie przypuszczała, że tego dnia zabierze zwierzęta z Sobolewa.

– Chciałyśmy po prostu być obecne, zaprotestować, wyrazić sprzeciw. Każda obecność ma znaczenie. Gdybyśmy choć pomyślały, że pojawi się realna szansa wyciągnięcia stamtąd jakiegoś psa, przygotowałybyśmy się zupełnie inaczej – zabrałybyśmy obroże, smycze, cokolwiek – opowiada.

Protestujący sforsowali ogrodzenie schroniska i zaczęli spontanicznie zabierać psy. Działały także organizacje prozwierzęce, które jeszcze w nocy i nad ranem w niedzielę wywoziły zwierzęta. Najwięcej psów, bo aż 146, trafiło do schroniska w Wojtyszkach prowadzonego przez Instytut Ochrony Zwierząt.

Małgosia z koleżankami spontanicznie zabrały trzy psy, które przekazały pod opiekę zaufanej fundacji.

– Kiedy niosłam małego pieska, prawdopodobnie ze stresu zrobił na mnie kupę. Była w niej niestrawiona słoma. To jasno pokazuje, czym był karmiony – opowiada Małgorzata. –Wszystkie psy mają poważne problemy stomatologiczne. W najbliższych tygodniach zaplanowano sanacje jamy ustnej.

Zabieranie psów odbywało się bez żadnych procedur, a na miejscu interweniowała policja. Chaos, jaki towarzyszył całej akcji, nie spodobał się wielu osobom. 

"Zgodzę się, każda adopcja powinna być przemyślana i odpowiedzialna - nigdy nie zmienię zdania, chodzi o dobro psa. Muszę jednak stanąć w obronie ludzi, którzy wczoraj przedarli się przez sobolewskie płoty" – napisał w mediach społecznościowych poseł Lewicy Łukasz Litewka.

Jego zdaniem ludzie "wynosili psy, bo nie wyobrażali sobie, by te zwierzęta zostały tam jeszcze nawet jedną noc".

Jakby na potwierdzenie tych słów Małgorzata opowiada mi, jak uciekła z najmniejszym psem na rękach przez dziurę w płocie. Nie wyobrażała sobie, zostawić maleństwa w takich warunkach. Wystarczy, że rozejrzała się wokół: w kojcach zalegały stare odchody, a wokół schroniska tworzyły się wały ze słomy wymieszanej z psim kałem.

Przesyła też zdjęcia: wysypisko puszek przy ogrodzeniu. 

– Nie mogłam przejść obojętnie obok krzywdy najsłabszych stworzeń, które są całkowicie zależne od naszej dobrej woli – uzasadnia swoją decyzję. – To od nas zależy, czy je uderzymy, pogłaszczemy, czy damy im jedzenie. One w pełni polegają na naszej przyzwoitości.

W sobotę po godzinie 15 o decyzji zamknięcia schroniska poinformowali premier Donald Tusk oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Moja kolejna rozmówczyni, Wioletta Mikołajczyk, miłośniczka zwierząt, mówi o sukcesie.

– O to właśnie walczyliśmy, bo dysponowaliśmy bardzo poważnymi dowodami (że źle się tam dzieje - red.). Wolontariuszki, które przez lata działały w tym schronisku, prowadziły tę walkę przez osiem lat. Tyle samo trwała sprawa karna przeciwko byłemu właścicielowi placówki. Mamy nadzieję, że wkrótce dobiegnie ona końca, bo na 18 lutego zaplanowano ostatnią rozprawę, na której ma zapaść wyrok. Liczymy, że będzie on adekwatny do wszystkich postawionych zarzutów – mówi mi.

Jesteśmy zaangażowani w tę sprawę właściwie przez całą dobę. Oprócz tego mamy swoje życie zawodowe i prywatne, własne obowiązki i sprawy. W tej chwili jesteśmy bardzo mocno obciążeni.

Wioletta Mikołajczyk miłośniczka zwierząt

organizatorka protestu

I mówi o kolejnym sukcesie: – To medialne poruszenie i zaangażowanie osób z mediów. To bardzo nam pomogło, ponieważ dzięki temu społeczeństwo dowiedziało się więcej o tej sprawie – a to nie jest odosobniony przypadek. Takich patoschronisk w Polsce jest bardzo dużo, dlatego mamy nadzieję, że ta maszyna właśnie ruszyła. Angażujemy się też w dalszą pomoc innym tego typu miejscom.

– Czyli protest uruchomił kolejne działania? – dopytuję.

– Dokładnie tak. Im bardziej zagłębialiśmy się w temat, tym wyraźniej było widać, jak wiele takiej patologii istnieje w całej Polsce. Bardzo często są to małe miejsca, gdzie walczy tylko niewielka grupa osób, które nie zawsze mają realne możliwości, by coś zmienić. Dlatego staramy się docierać do takich ludzi, zrzeszać się i wspólnie pomagać również w innych sprawach.

Sama ma psy ze schroniska. Każdego swojego czworonożnego przyjaciela przygarnęła po tym, jak został porzucony. – Uważam, że właśnie takim zwierzętom trzeba pomagać. One naprawdę zasługują na miłość, ciepło oraz przede wszystkim na dobry, stabilny dom – podsumowuje.

Internauci nie kryją poruszenia to, co się stało. W ostrych słowach komentują zdjęcia i filmy ze schroniska.

"To było więzienie o zaostrzonym rygorze" - tak brzmi jeden z najbardziej dosadnych komentarzy.

Walkę o zwierzęta toczyła także piosenkarka Doda. W emocjonalnym nagraniu nazwała schronisko "Auschwitz dla zwierząt". Pojechała też do Sobolewa. To po jej publikacjach i zaangażowaniu ruszyła cała machina.

Czytaj także:

Schronisko w Sobolewie zamknięte przez uchybienia formalne?

Grunt, na którym stoi schronisko, należy do gminy. W sprawie prowadzącego schronisko Mariana D. od lat toczy się proces o znęcanie się nad zwierzętami. Mieszkańcy i aktywiści, także podczas sobotniego protestu, wielokrotnie apelowali do wójta Sobolewa, Macieja Błachnio, o rozwiązanie umowy z dzierżawcą.

Formalną decyzję o zamknięciu schroniska Happy Dog podjęła Powiatowa Lekarz Weterynarii w Garwolinie, lek. wet. Dominika Siedlczyńska. Do internetu trafił dokument podpisany przez urzędniczkę, w którym jasno wskazano konsekwencje ostatniej kontroli.

Jak wynika z pisma, po sprawdzeniu placówki 21 stycznia 2026 roku, Marian D. otrzymał zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt. Jednocześnie prowadzone przez niego Happy Dog zostało wykreślone z rejestru podmiotów objętych nadzorem Powiatowego Lekarza Weterynarii w Garwolinie.

Dalsza część dokumentu zawiera szczegółowe wyjaśnienie podjętej decyzji. I jest ono zaskakujące. 

Z jego treści wynika bowiem, że zamknięcie schroniska nie nastąpiło z powodów, których od lat domagali się miłośnicy psów. W uzasadnieniu nie wskazano ani zaniedbań w opiece nad zwierzętami, ani przypadków znęcania się, ani rażących uchybień dotyczących warunków, w jakich były przetrzymywane.

Powodem okazały się… uchybienia formalne. A dokładnie brak prawidłowej, elektronicznej ewidencji zwierząt, zgodnej z obowiązującymi przepisami.

Teraz kontrola czeka też Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Garwolinie. To on prowadził nadzór nad schroniskiem w Sobolewie. Kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli chcą wiedzieć, dlaczego inspektorat nic w tej sprawie wcześniej nie zrobił.

W poniedziałek po zamknięciu schroniska wkroczyli do urzędu gminy. Wezmą też działania urzędników pod lupę, zwłaszcza wójta Macieja Błachnio. Jak ustaliła Wirtualna Polska, już w 2018 roku Stowarzyszenie Obrona Zwierząt zwróciło się do wójta z wnioskiem o rozpoczęcie procedury cofnięcia zezwolenia na działalność schroniska. Omówił. Jego decyzję podtrzymało Samorządowe Kolegium Odwoławcze.