Pożar auta elektrycznego
Zdjęcie jest ilustracją do tekstu. Fot. Shutterstock

Pamiętacie te nagłówki o "płonących elektrykach", które rzekomo mają paraliżować polskie miasta i terroryzować garaże podziemne? Ja też je widziałem. Często towarzyszą im zdjęcia spektakularnych słupów ognia, sugerujące, że zakup auta na baterie to proszenie się o kłopoty. Właśnie ukazał się "Raport Bezpieczeństwa Pożarowego EV" za rok 2025. Usiądźcie wygodnie, bo liczby mogą mocno rozczarować fanów teorii spiskowych.

REKLAMA

Zacznijmy od konkretu, który ucina wszelkie dyskusje przy imieninowym stole. W całym 2025 roku pożary pojazdów całkowicie elektrycznych (BEV) stanowiły zaledwie 0,46 proc. wszystkich zdarzeń pożarowych na polskich drogach.

Jeśli myśleliście, że to elektryki są plagą, to mam dla was inną liczbę: 98,5 proc. pożarów dotyczyło aut spalinowych.

W ujęciu liczbowym wygląda to jeszcze bardziej wymownie. Państwowa Straż Pożarna odnotowała w ubiegłym roku 44 pożary aut elektrycznych i... uwaga... 9 515 pożarów samochodów spalinowych. Oczywiście, zaraz powiecie, że na drogach w Polsce jeździ mniej elektryków niż spalinówek. Oczywiście, że tak, ale...

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę mniejszą liczbę elektryków na drogach, to i tak wypadają one bezpieczniej. Wskaźnik pożarów BEV wyniósł 0,362 na 1000 zarejestrowanych pojazdów, podczas gdy dla aut spalinowych był on wyższy i wyniósł 0,415.

Koniec mitu o wielogodzinnym gaszeniu

Jednym z najczęściej powtarzanych argumentów przeciwko elektromobilności jest czas akcji gaśniczej. "Będą to gasić trzy dni!" - czytam często w komentarzach. Rzeczywistość 2025 roku pokazuje, że polscy strażacy nauczyli się obsługiwać te maszyny niemal tak sprawnie, jak wymianę opon w pit-stopie.

Z danych wynika, że jakość i szybkość działań służb drastycznie wzrosła. Jak zauważa st. bryg. Tomasz Jonio z Komendy Głównej PSP: – W roku 2024 średni czas trwania całej interwencji podczas pożarów BEV wynosił 4h 21 min, podczas gdy w roku 2025 były to już 2h i 40 min – mówi strażak.

Co więcej, z tych 44 wspomnianych pożarów "elektryków", aż 9 dotyczyło pojazdów typu melex lub microcar, co jeszcze bardziej "wycina" statystykę dla typowych samochodów osobowych.

Garaż podziemny i wodór? Nic strasznego

W 2025 roku doczekaliśmy się też dwóch "historycznych" momentów, które mogły wywołać panikę, a przeszły niemal bez echa. Po pierwsze: pożar samochodu elektrycznego w garażu podziemnym (15 sierpnia 2025 r.). Wynik? Dzięki sprawnej wentylacji i szybkiej reakcji straży ogień ugaszono błyskawicznie. Budynek ocalał, nikt nie zginął, katastrofy nie było.

Po drugie: pierwszy pożar pojazdu wodorowego (FCEV) w Polsce. Brzmi groźnie? Chodziło o autobus, a cała akcja gaśnicza trwała zaledwie 46 minut. To pokazuje, że nowoczesne napędy, choć wymagają nowej wiedzy, nie są "bombami na kołach", jak chcieliby niektórzy.

Dlaczego się więc boimy? Albert Kania z F5A New Mobility Research & Consulting trafnie zauważa, że w krajach takich jak Norwegia, gdzie elektryków jest mnóstwo, pożary nikogo już nie ekscytują.

– Liczba pożarów BEV nie zwiększa się proporcjonalnie wraz z rozwojem floty, a wskaźniki są wyraźnie niższe niż dla aut spalinowych – tłumaczy ekspert.

Czytaj także:

Moim zdaniem problemem nie jest technologia, a brak dojrzałości rynku i nasza naturalna niechęć do zmian. O ryzyku pożaru decyduje nie to, co mamy w baku (lub baterii), ale to, jak o auto dbamy, gdzie je serwisujemy i jak z niego korzystamy.