
Kiedy pierwszy raz stajesz obok Isuzu D-MAX Arctic Truck, czujesz się dziwnie mały. To nie jest kolejny "miejski terenowiec", który udaje twardziela, bo ma plastikowe nakładki na błotnikach. To maszyna, która wygląda, jakby uciekła z planu filmu o końcu świata i właśnie szukała najbliższego lodowca do przejechania. Tylko czy sobie z tym lodowcem poradzi, czy tylko udaje?
Isuzu D-MAX to średniej wielkości pickup produkowany od 2002 roku. Obecnie na rynku mamy jego trzecią generację, która miała swoją premierę w 2019 roku. No i niestety to widać. I nie chodzi mi o nadwozie, bo te w miarę zachowuje "świeżość", chociaż wiek tej konstrukcji widać już po lampach.
Najbardziej trąci myszką jednak wnętrze D-MAXa, szczególnie multimedia. Zegary cyfrowe raczą nas grafiką sprzed 10 lat, a infotainment ma zbyt miniaturowe i zawiłe menu.
Plusem tego jest duża analogowość systemu, czyli mnóstwo fizycznych przycisków oraz pokrętła. Miło jest odpalić auto, w którym podczas jazdy nie ustawia się temperatury na ekranie.
Szkoda, że w środku jest sporo plastiku w fortepianowej czerni. To ładny wizualnie materiał, ale łatwo go zarysować i widać na nim wszelkie zabrudzenia. No i w aucie tego typu? To jakieś nieporozumienie.
Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić, to do foteli. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak wygodna kanapa, ale po przejechaniu kilkunastu kilometrów nie są zbyt komfortowe.
I powiem szczerze, że dla mnie Isuzu D-MAX to bardziej wół roboczy, niż casualowy pickup do wypadów w dzicz i do miasta. Paka jest bardzo ładowna, a jak mamy dodatkowo zabudowę, to naprawdę pomieścimy tam z 8, a nawet 10 worów ziemniaków lub cały sprzęt wykończeniowy łącznie z pustakami i workami z zaprawą. Wszystko zamknięte pod dachem, więc nic nie zmoknie.
Ale istnieje jeszcze jedna wersja D-MAXa i to właśnie ona trafiła mi się do testów.
Arctic Trucks AT35
Modyfikacja Arctic Trucks AT35 to auto bardziej przystosowane do off-roadu. Dostało ono m.in. potężne, 35-calowe opony BFGoodrich All-Terrain, które wymusiły drastyczne poszerzenie nadkoli. Wygląda to niesamowicie muskularnie, ale za wyglądem idzie technika: zawieszenie Old Man Emu (w opcji, chociaż to starsze rozwiązanie, bo teraz montowane są Bildsteiny) podniesione o kilkadziesiąt milimetrów (do prawie 28 cm) sprawia, że prześwit pod pojazdem pozwala na ignorowanie przeszkód, które dla zwykłych aut są barierą nie do przebycia.
Wsiadanie? To proces. Bez bocznych stopni byłoby to wyzwanie gimnastyczne. Ale kiedy już usiądziesz w fotelu tak przerobionego Isuzu D-MAX, perspektywa się zmienia. Widzisz dachy niemal wszystkich aut osobowych, a kierowcy popularnych SUV-ów nagle zaczynają wyglądać, jakby jeździli resorakami. To buduje specyficzne poczucie bezpieczeństwa i... dominacji na drodze.
Czy silnik 1.9 Diesel o mocy 163 KM daje radę?
To najczęstsze pytanie, jakie zadawałem sobie podczas testu. "Taka buda i tylko 1.9 pod maską?". No i mam dwojaką odpowiedź na to pytanie. Jednostka 1.9 D o mocy 163 KM i 360 Nm momentu obrotowego to silnik skrojony pod trwałość i niskie koszty eksploatacji. W mieście potrafiłem nim zejść do 12 litrów na 100 km, w trasie nawet poniżej 10 litrów. A przypominam, że miałem opony AT i naprawdę gigantyczną budę, która stawiała opory powietrza.
No ale demonem prędkości to on nie był ani w mieście, ani na autostradzie. I niestety brakowało mu mocy także na podjazdach. Isuzu D-MAX w wersji Arctic Truck jest wszechstronnie przygotowany do jazdy w terenie, bo ma blokadę tylnego mostu, tryby jazdy w terenie, monitoring przechyłów no ogólnie wszystko, co jest potrzebne, kiedy kończy się asfalt, a zaczynają się pagórki.
Szkoda, bo 163 KM to za mało, żeby czuć się pewnie w każdej offroadowej sytuacji. Oczywiście nie przesadzałem z tymi wyzwaniami, więc głęboki śnieg, lód, przechyły, umiarkowane podjazdy były dla niego betką. Ale nie odważyłbym się nim wjechać na bardziej strome przeszkody.
Jak to "płynie" po asfalcie?
Tutaj też mam dwie wiadomości. Dobra jest taka, że duży prześwit, ogromne felgi oraz opcjonalne zawieszenie Old Man Emu rzeczywiście sprawiają, że nie poczujemy praktycznie żadnej nierówności terenu. To jak jazda na poduszce.
Ma to jednak swoje minusy, bo opony AT generują ogromne szumy, nie mówiąc już o szumach powietrza oraz ryczącym silniku, które słychać w kabinie, kiedy przekroczymy 90-100 km/h.
No i jak to w tak wysokim i ciężkim pickupie trzeba się nakręcić kierownicą zarówno przy manewrowaniu, jak i ogólnie, żeby nie zjechać z pasa. Dobrze, że auto wyposażono w czujniki oraz kamery.
Cena i podsumowanie
Ten samochód nie jest dla każdego i on wcale tego nie ukrywa. Cena Isuzu D-MAX Arctic Truck jest wyraźnie wyższa od standardowych wersji, co wynika z kosztownych modyfikacji zawieszenia, kół i nadwozia przeprowadzanych przez wyspecjalizowany serwis.
Cena tego modelu to wypadkowa dwóch składowych. Po pierwsze: musisz kupić bazowe Isuzu D-MAX, najlepiej w bogatej wersji wyposażenia (LSE lub LSX), żeby całość miała sens. Po drugie: musisz doliczyć koszt samej modyfikacji Arctic Trucks AT35.
Oto jak prezentują się liczby na rok 2026:
Tak jak wspomniałem na początku, Isuzu D-MAX to dla mnie bardziej wół roboczy, idealne auto pracownicze, a nie terenowy pickup, którym pojedziemy w dzicz. Już szybciej wybrałbym Forda Rangera, bo jest nowocześniejszy, ma mocniejszy silnik i ogólnie lepszy performance. AT35 to inna bajka, bo w terenie radzi sobie dobrze, gdyby nie ten silnik, który po prostu nie daje rady.
