
Jeśli myśleliście, że tylko piraci drogowi stwarzają zagrożenie, to jesteście w błędzie. W stanie Georgia w USA ruszyła właśnie debata, która może wywrócić do góry nogami postrzeganie bezpieczeństwa na trasach szybkiego ruchu. Okazuje się, że zbyt wolna jazda bywa równie ryzykowna, co dociskanie gazu do dechy.
Obecnie minimalna prędkość na autostradach w Georgii wynosi zaledwie 40 mil na godzinę (ok. 64 km/h). Ten przepis pamięta czasy, gdy limity maksymalne oscylowały wokół 55 mil na godzinę (88 km/h). Dziś, gdy na licznikach legalnie można mieć 70 mil (112 km/h), różnica prędkości między autami staje się zabójcza.
Nowa propozycja zakłada, że tam, gdzie ograniczenie wynosi 65 m/h lub więcej, nikt nie będzie mógł jechać wolniej niż 50 m/h (80 km/h). Komisarz Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego, płk William Hitchens, nie gryziesię w język:
- Jazda poniżej limitu bywa w niektórych przypadkach tak samo niebezpieczna, jak jego przekraczanie. Wolne pojazdy zmuszają innych do gwałtownych manewrów obronnych, bo zbliżają się do nich znacznie szybciej, niż się spodziewali - komentuje proponowane zmiany.
Nawet 1000 dolarów kary
To nie są żarty. Już teraz za blokowanie ruchu w Georgii można dostać po kieszeni, ale mandat za zbyt wolną jazdę może wynieść nawet 1000 dolarów. Choć lokalne sądy zazwyczaj kończą na kwotach rzędu 100-200 dolarów, widmo wysokiej kary ma motywować do trzymania tempa.
Służby podkreślają, że nie chodzi o karanie kogoś, kto zwolnił z powodu ulewy, wypadku czy korka. Przepis ma uderzyć w tych, którzy bez wyraźnej przyczyny tamują płynność ruchu drogowego.
Jak to zwykle bywa przy zmianach prawa, nie wszyscy są zachwyceni. Reprezentantka stanowa Rhonda Taylor słusznie podnosi argument, że wyższy limit uderzy w najmłodszych i najstarszych stażem kierowców. Jej zdaniem lepszym rozwiązaniem byłaby edukacja dotycząca jazdy prawym pasem, zamiast zmuszania wszystkich do szybszego tempa.
Co dalej? Decyzja po analizie kosztów i... wypadków
Zanim nowe limity prędkości wejdą w życie, politycy muszą policzyć dwie rzeczy. Przede wszystkim, ile faktycznie wypadków powodują "zawalidrogi" (służby zbierają właśnie twarde dane) oraz ile będzie kosztować wymiana tysięcy znaków drogowych w całym stanie. Głosowanie nad projektem odbędzie się po zebraniu kompletu informacji.
To ciekawy case w porównaniu z polskimi realiami. Chociaż w kraju nad Wisłą nie jest tak źle, bo powszechnie panuje kultura jazdy prawym pasem, co dodatkowo jest normowane przepisami prawa. Dlatego minimalna predkość 40 km/h nie jest tak negatywnie odczuwalna i nie ma tak dużego przeniesienia na płynność ruchu.
A wy jak uważacie, powinno się podobne przepisy wprowadzić w Polsce, czy to nie ma sensu?
