Płacząca dziewczynka
Z troski i pośpiechu robimy wszystko za dzieci. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo je krzywdzimy Fot. Shutterstock / canva

Kroimy kotleta w drobną kostkę. Zdejmujemy wieczko od jogurtu. Smarujemy chleb masłem, a suwak od kurtki zapinamy aż pod samą brodę. Schylamy się, żeby dopiąć dziecku rzepy w butach. Wyciskamy pastę na szczoteczkę. Robimy to wszystko "szybciej", "dokładniej", "lepiej". A potem na forach rodzicielskich narzekamy, że nasze dziecko nie jest samodzielne albo że nie radzi sobie na WF-ie. Jeśli oczywiście wcześniej go z tych zajęć nie zwolnimy.

REKLAMA

W internecie krąży taki mem o matce, która prosi o zwolnienie córki z zajęć WF-u, bo nie chce, żeby się spociła. Niby śmieszne, ale jednak bardziej straszne. 

Ponad połowa polskich dzieci w wieku 8–12 lat nie osiąga nawet podstawowego poziomu sprawności fizycznej.

Ale problem nie zaczyna się na sali gimnastycznej, tylko znacznie wcześniej – w naszych domach. 

Mamo, odkręcisz?

Gosia od początku wychowuje syna sama. Była w piątym miesiącu ciąży, kiedy jej narzeczony uznał, że potrzebuje wolności. Gdy chłopczyk skończył dwa lata, Gosia wróciła do pracy.

Przez rok, zanim Staś poszedł do przedszkola, opiekowała się nim babcia. Chuchała i dmuchała na jedynego wnuka – był przecież taki maleńki, a ona chciała mu przychylić nieba.

Potem, gdy został już "dzielnym przedszkolakiem", nadopiekuńcze były już obie.

Babcia tylko przewracała oczami i ciężko wzdychała, że Staś chowa się bez ojca, więc trzeba mu to jakoś wynagrodzić.

Staś rósł, ale nic się nie zmieniało.

Na zmianę kroiły mu kotleciki i zapinały kurteczkę pod samą brodę. Kiedy chciał nauczyć się jeździć na rowerze, z niepokojem powtarzały, że jest jeszcze za mały i ma na to czas.

Gra w piłkę na boisku? Przecież ktoś go uderzy w głowę i będzie nieszczęście. Nie zgadzały się nawet na buty ze sznurówkami, bo jeszcze się zaplącze i przewróci.

Rano Gosia zawsze spieszyła się do pracy: szybki prysznic, makijaż, a Stasiowi płatki z mlekiem.

I tak śpieszy się do dzisiaj.

Staś ma już 11 lat, a mama wciąż zapina mu kurtkę, bo tak jest szybciej. Kiedy chłopiec chce pochrupać chipsy, prosi mamę o wsypanie ich do miseczki. Gdy chce zjeść banana, biegnie do kuchni, żeby mama mu go otworzyła. Kiedy chce mu się pić, pyta krótko: "Odkręcisz?".

W szkole okazuje się, że bidon potrafi odkręcić sam, ale w domu Gosia jedynemu dziecku nie odmówi. Czas tak szybko mija, zaraz syn będzie dorosły. Dlatego ona wciąż obiera mu jabłuszko ze skórki i podaje plasterki prosto do ust.

Tylko babcię Stasia dziwi teraz, że taki duży chłopak, a wciąż nie jeździ na rowerze. Już nie pamięta, że to ona sama kiedyś mu tego zabroniła.

89 proc. dzieci nie potrafi poprawnie skakać przez skakankę

Troszczymy się, spieszymy i tak oto odbieramy dzieciom sprawczość. Bilans jest porażający.

Z najnowszych badań warszawskiej AWF wynika, że aż 94 proc. uczniów polskich szkół posiada niewystarczający poziom kompetencji ruchowych. To znaczy, że niemal każde dziecko w klasie ma problem z tym, co dla ich rówieśników sprzed trzydziestu lat było odruchem: poprawnym skokiem, chwytem piłki czy przewrotem w przód. Aż 89 proc. dzieci nie potrafi poprawnie skakać przez skakankę.

Fizjoterapeuci ostrzegają: ręka, która nie potrafi poradzić sobie z widelcem czy obieraniem mandarynki, w pierwszej klasie nie będzie miała siły stabilnie utrzymać długopisu.

Zanim jednak oskarżymy o wszystko tablety, gry komputerowe, pandemię i zmianę stylu życia, przyjrzyjmy się, czy nie wyręczmy dzieci w prostych czynnościach, przez co jest im później trudniej w tych trudniejszych.

– Łatwo ci mówić, bo masz już dużą córkę – koleżanka Kasia konfrontuje mnie z moją własną przeszłością już na starcie. – Przypomnij sobie, jak to było, gdy miała pięć lat. Moja pięciolatka jest w fazie nieustannego buntu. Co, jeśli nie założę jej piżamy siłą? OK, będzie latać nago pół nocy. Dosłownie: biegać po domu i się śmiać, a ja będę biegać za nią. A w tym czasie mam jeszcze milion rzeczy do zrobienia. Więc wyręczam ją, bo tak jest po prostu szybciej i skuteczniej.

Kasia broni matek, które "serwisują" swoje dzieci niemal rękami i nogami. Zwraca uwagę na coś, co często umyka ekspertom: zmianę pokoleniową. – Zobacz, że teraz matki pracują na potęgę. Moja mama rano robiła wszystkim śniadanie, ojciec szedł do roboty, a ona mogła zajmować się domem. My żyjemy w kulturze wiecznego "zapie**olu". Mało tego, po pracy mamy swoje zajęcia: biegniemy na siłownię, na kurs języka. Nie zamierzam czekać, aż moje dziecko łaskawie zawiąże buta, skoro mogę to zrobić dwa razy szybciej i wreszcie wyjść z domu.

Przypomina także, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu dziecko, które nie chciało posłusznie wyjść z domu, było po prostu karane – najczęściej, niestety, klapsem. Dziś bicie jest zabronione, a negocjacje przed pracą nie zawsze wchodzą w grę.

W podobnym tonie wypowiada się Agnieszka. Młodszego syna wychowuje w systemie opieki naprzemiennej. – Tydzień, w którym mam go u siebie, przypomina szpagat. Po prostu stoję w rozkroku między szykowaniem go do przedszkola, pracą, robieniem obiadu, zajęciami dodatkowymi i opieką nad starszym dzieckiem. Gdybym co rano dawała mu czas na "próbowanie", nigdzie byśmy nie wyszli. Ogarniam wszystko z jęzorem na brodzie – wyznaje.

Marta zauważa też, jak bardzo dostępność czasu zmienia podejście do wychowania. Jej były partner ma pracę sezonową – pracuje tylko w wakacje. – W sezonie jesienno-zimowym on ma czas, żeby pochylać się nad każdym drobiazgiem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze razem, potrafił godzinami negocjować z synem kolor czapeczki. Miał do mnie żal, że ja po prostu brałam dziecko i wychodziłam.

Tymczasem w leśnych przedszkolach w Szwecji 5-latki uczą się strugać patyki finkami i bezpiecznie dokładać do ogniska. Wspinają się po drzewach i taplają w błocie. Maluchy mają drzemki na świeżym powietrzu, nawet przy niskich temperaturach.

Rodzice muszą znaleźć czas na wypranie ubłoconych ciuchów czy opatrywanie zdartych kolan.

Czy to znaczy, że na Północy czas płynie wolniej? Nic z tych rzeczy. Skandynawki mają jeden z najwyższych wskaźników aktywności zawodowej na świecie – pracują częściej i intensywniej niż Polki. Różnica polega na podejściu. W Norwegii czy Szwecji samodzielność dziecka nie jest traktowana jako fanaberia, ale jako strategia przetrwania dla całej rodziny.

Tam nikt nie klęka przed pięciolatkiem, by dopiąć mu rzepy. Skandynawska matka woli spóźnić się na spotkanie, niż odebrać dziecku prawo do założenia butów. Wie, że każda minuta poświęcona dziś na walkę z suwakiem to kwadrans wolności, który odzyska za rok, gdy dziecko obsłuży się samo. 

Samodzielność trenują jak mięsień, każdego dnia. 

Dalsza część tekstu poniżej

– Dlaczego jako rodzice wpadliśmy w pułapkę "szybciej zrobię to za niego"? Co nam to robi emocjonalnie, że nie potrafimy znieść widoku dziecka, które przez 10 minut próbuje założyć buta, zapiąć kurtkę? Zrujnuje nam to karierę? –  pytam o to Magdalenę Halicką, psychoterapeutkę dzieci i młodzieży, założycielkę Szkoły Rodzicielstwa, wykładowczynię akademicką.

Już na wstępie przyznaje, że to bardzo złożona trudność wielu rodziców, z którymi pracuje.

– Jako rodzice wpadamy w tę pułapkę, bo żyjemy szybko i jesteśmy przeciążeni – nasz mózg wybiera "szybciej i łatwiej", czyli zrobić coś za dziecko, zamiast wytrzymać jego tempo. Trudno nam znieść jego wysiłek i frustrację, bo uruchamia to w nas napięcie, niecierpliwość, a czasem nawet poczucie winy ("powinnam mu pomóc").

To nie zrujnuje kariery – ale jeśli zawsze będziemy wyręczać dziecko, to utrudnimy mu rozwój samodzielności, a sobie… paradoksalnie dołożymy więcej pracy w przyszłości. Te kilka dodatkowych minut to w rzeczywistości inwestycja: w dziecka sprawczość, cierpliwość i wiarę w siebie. A dla nas to mała lekcja odpuszczania kontroli i bycia "wystarczająco dobrą", zamiast perfekcyjną.

Magdalena Halicka

psychoterapeutka dzieci i młodzieży,

Dalej pytam, czy wyręczanie dziecka w jedzeniu, czy ubieraniu to faktycznie troska, czy raczej nasza lękowa potrzeba kontroli i dbałość o to, żeby zupa nie wylądowała na dywanie?

Magdalena Halicka odpowiada, że najczęściej jest to mieszanka jednego i drugiego – troski i lęku. Jak mówi, z jednej strony, jako rodzice naprawdę chcemy pomóc: żeby dziecko się najadło, nie zmarzło, zdążyło. Z drugiej – bardzo często w tle działa coś więcej: potrzeba kontroli ("niech to będzie zrobione dobrze i czysto"), lęk przed bałaganem, oceną, chaosem, napięcie, którego nie chcemy czuć ("nie mam zasobów na ten proces").

Guzik i matematyka to ten sam mechanizm

Jak podkreśla Halicka, troska wspiera rozwój dziecka, natomiast kontrola może go przyspieszać, ale kosztem jego samodzielności.

– Dlatego kluczowe pytanie brzmi nie "czy pomagam?", tylko: "czy robię to dla niego, czy żeby poradzić sobie ze swoim napięciem?"

Jak podkreśla Magdalena Halicka, poczucie własnej wartości i sprawczości nie buduje się w spektakularnych momentach, ale w codzienności. Jak mówi dalej, dziecko buduje wiarę w siebie nie na wielkich sukcesach, ale na setkach małych doświadczeń: "spróbowałem – było trudno – ale dałem radę".

– Jeśli w codzienności (ubieranie, jedzenie, drobiazgi) często słyszy – nawet bez słów – "ja zrobię to lepiej/szybciej", to w jego głowie zapisuje się: "ktoś musi mnie wyręczyć, bo sam nie ogarniam", "skoro nie potrafię tak prostych rzeczy, nie poradzę sobie z niczym". I potem na klasówce z matematyki pojawia się dokładnie to samo uczucie: nie brak wiedzy, tylko brak wewnętrznego przekonania pt. "poradzę sobie, nawet jeśli będzie trudno". Guzik i matematyka to ten sam mechanizm. Albo budujemy doświadczenie sprawczości, albo je odbieramy.

Ekspertka zwraca uwagę, że zmiana tego schematu wymaga świadomego "oddawania" dziecku samodzielności – szczególnie wtedy, gdy wcześniej było ono często wyręczane. Jej zdaniem nie powinno to jednak odbywać się gwałtownie, lecz krok po kroku, zaczynając od prostych sytuacji dnia codziennego. Wyjaśnia, że kluczowe jest bycie obok dziecka, wspieranie go słowem i obecnością, ale jednocześnie powstrzymanie się od działania za nie.

– Ważne jest też przygotowanie się na to, że pojawi się frustracja – to naturalna część uczenia się, a nie sygnał, że coś idzie nie tak. Kiedy dziecko płacze, nie trzeba od razu rozwiązywać problemu za nie, tylko nazwać emocje i dać wsparcie: "Widzę, że to trudne", "Złościsz się, bo nie wychodzi" – radzi.

Jak mówi dalej, kluczowe jest wytrzymanie własnego napięcia – tej chęci, żeby przyspieszyć, naprawić, wyręczyć.

– To właśnie ten moment jest najtrudniejszy dla rodzica, ale jednocześnie najważniejszy dla dziecka – przyznaje. – Z czasem, dzięki takim doświadczeniom, dziecko zaczyna budować w sobie przekonanie: "to jest trudne, ale mogę próbować dalej" – i to jest fundament prawdziwej samodzielności. Cierpliwość, tylko nasza cierpliwość może "uratować" sytuację. 

– Czy dzieci, które są często wyręczane, mogą mieć trudniej w grupie rówieśniczej? Czy niższa sprawność w codziennych czynnościach wpływa na ich pozycję wśród rówieśników? – dopytuję.

W odpowiedzi słyszę, że nie jest to zależność zero-jedynkowa, ale istnieje realne ryzyko, że tak się stanie.

– Wchodzą one często z mniejszym poczuciem sprawczości, są mniej pewne siebie, wolniejsze w działaniu i szybciej się poddają. Grupa rówieśnicza bardzo szybko wychwytuje takie sygnały – nie tyle ocenia samą sprawność manualną, co poziom samodzielności i pewności siebie – zauważa.

Psychoterapeutka podkreśla, że problemem nie jest więc to, że dziecko robi coś mniej sprawnie, ale to, że może mieć w sobie przekonanie "nie dam rady sam" i potrzebę stałego wsparcia.

– W takich sytuacjach dziecko może częściej się wycofywać, być pomijane, a czasem stawać się łatwiejszym celem dla innych – mówi.

Jednak na koniec dzieli się krzepiącą refleksją.

– Brak pełnej sprawności nie skazuje dziecka na marginalizację. Najważniejsze jest budowanie doświadczeń, w których dziecko uczy się, że potrafi próbować i radzić sobie mimo trudności. To właśnie poczucie "poradzę sobie, nawet jeśli to potrwa" ma kluczowe znaczenie dla jego funkcjonowania w grupie – podsumowuje.