Został porwany przez UFO? Fascynująca historia Travisa Waltona. Zobacz "Biuro Tajemnic".
Został porwany przez UFO? Fascynująca historia Travisa Waltona. Zobacz "Biuro Tajemnic". fot. naTemat

Jedna noc w lesie Arizony, błysk światła i człowiek, który znika bez śladu. Historia Travisa Waltona do dziś dzieli. Jedni widzą w niej dowód na kontakt z obcymi, inni – sprytną manipulację. Jak było naprawdę? Zobacz najnowsze śledztwo "Biura Tajemnic".

REKLAMA

To miała być zwykła droga powrotna po pracy. Zamiast tego kilku drwali twierdzi, że zobaczyli unoszący się obiekt, a ich kolega wybiegł prosto pod "latający spodek" i został trafiony tajemniczym promieniem. Kilkanaście minut później zniknął.

Gdy Travis Walton odnajduje się po pięciu dniach, opowiada historię jak z filmu sci-fi. Twierdzi, że obudził się w pomieszczeniu przypominającym szpital, otoczony przez istoty nie z tej ziemi. Potem znów ciemność i nagłe przebudzenie przy drodze, gdy statek odlatuje. Brzmi jak klasyczne uprowadzenie przez UFO.

Świadkowie, którzy… niewiele widzieli

Choć kilku mężczyzn potwierdziło obecność "dziwnego światła", z czasem wyszło na jaw, że większość z nich nie widziała samego zdarzenia. Opierali się głównie na relacji jednego człowieka.

Do tego dochodzą testy wariografem – świadkowie je przeszli, ale sam Walton oblał badanie i miał próbować oszukiwać urządzenie.

Najbardziej intrygujący jest jednak możliwy powód całej historii. Ekipa miała ogromne opóźnienia w pracy i groziły im poważne kary finansowe.

"Siła wyższa" – jak zaginięcie człowieka – mogła być wygodnym wyjściem z sytuacji. Sceptycy wskazują też na fascynację UFO wśród Waltonów oraz późniejsze zarabianie na historii – książki, film i medialne występy.

Prawda czy legenda?

Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy Travis Walton naprawdę został uprowadzony przez obcych? A może cała historia była jednym z najlepiej rozegranych spektakli w historii popkultury?

Jedno jest pewne – ta sprawa wciąga tak samo jak w dniu, w którym wszystko zaczęło się od dziwnego światła w lesie.