
Ogromna reforma służby zdrowia już niedługo wejdzie w życie w Anglii. Jej przeciwnicy próbowali ją powstrzymać do samego końca. Według nich zmiany zaproponowane przez rząd konserwatystów i liberałów są zdecydowanym krokiem ku prywatyzacji całego NHS. Pracę straci też ok. 20 tysięcy jego pracowników.
REKLAMA
Takiej bitwy w brytyjskim parlamencie nie było od lat. 14 miesięcy dyskusji, setki posiedzeń, tysiące poprawek i niezliczona ilość protestów ze strony pielęgniarek i lekarzy – spory o reformę NHS (National Health Service) w Anglii trwały długo i nigdy tak naprawdę się nie zakończyły. Wczoraj Partia Pracy próbowała po raz ostatni desperacko wstrzymać ją w parlamencie, ale została przegłosowana. Pod projektem
niedługo podpisze się królowa Elżbieta II, a 1 kwietnia wszystko wejdzie w życie.
Skąd te wszystkie kontrowersje?
Angielski NHS (walijski, szkocki i irlandzki zarządzane są osobno) to prawdziwy moloch: zatrudnia 1,4 mln ludzi, a jego budżet wynosi 106 mld funtów rocznie. Każda, nawet drobna zmiana w takiej instytucji naturalnie wywołuje wstrząsy. A zmiany, jakie zaproponował rząd Torysów, są faktycznie duże.
Angielski NHS (walijski, szkocki i irlandzki zarządzane są osobno) to prawdziwy moloch: zatrudnia 1,4 mln ludzi, a jego budżet wynosi 106 mld funtów rocznie. Każda, nawet drobna zmiana w takiej instytucji naturalnie wywołuje wstrząsy. A zmiany, jakie zaproponował rząd Torysów, są faktycznie duże.
Po pierwsze, reforma ma mocno zmniejszyć biurokrację, która od dawna była jedną z głównych bolączek angielskiej służby zdrowia. Zmniejszy się ilość organów zarządzających, a całością systemu zacznie czuwać jedna Rada Narodowa, zamiast dotychczasowych dziesięciu władz regionalnych (tzw. Strategic Health Authorities). Może to kosztować pracę nawet 20 tysięcy osób, ale pozwoli zaoszczędzić do 2015 roku pięć mld funtów. A zaciskanie pasa to konieczność – budżet NHS może być potężny, ale leczenie starzejącego się i nękanego otyłością oraz innymi chorobami cywilizacyjnymi społeczeństwa jest coraz droższe.
Koniec darmowej pomocy?
Kolejną zmianą jest to, że po reformie większa część decyzji budżetowych należeć będzie do lekarzy pierwszego kontaktu (GPs, General Practitioners). Ich nowym zadaniem stanie się m.in. kontraktowanie najróżniejszych usług medycznych. Według autorów reformy ma to usprawnić koordynację leczenia. Jej przeciwnicy, w tym stowarzyszenia lekarskie, obawiają się jednak, że GPs – z różnych powodów – będą zlecali coraz większą liczbę zabiegów prywatnym klinikom. Z czasem doprowadzi to, według nich, do obciążenia pacjentów dodatkowymi kosztami i realnej prywatyzacji służby zdrowia. A powszechny dostęp do opieki zdrowotnej w ich państwie był do tej pory dla Anglików powodem do dumy.
Kolejną zmianą jest to, że po reformie większa część decyzji budżetowych należeć będzie do lekarzy pierwszego kontaktu (GPs, General Practitioners). Ich nowym zadaniem stanie się m.in. kontraktowanie najróżniejszych usług medycznych. Według autorów reformy ma to usprawnić koordynację leczenia. Jej przeciwnicy, w tym stowarzyszenia lekarskie, obawiają się jednak, że GPs – z różnych powodów – będą zlecali coraz większą liczbę zabiegów prywatnym klinikom. Z czasem doprowadzi to, według nich, do obciążenia pacjentów dodatkowymi kosztami i realnej prywatyzacji służby zdrowia. A powszechny dostęp do opieki zdrowotnej w ich państwie był do tej pory dla Anglików powodem do dumy.
Duża część opinii publicznej podchodzi do planów Torysów bardzo nieufnie. W marcowym badaniu NOP/GFK 52 proc. ankietowanych stwierdziło, że wolałoby, gdyby rząd odrzucił propozycję reform, a 18 proc. nie nie miał zdania. Partia Pracy, która od początku ostro krytykowała projekt, zapowiada, że przy pierwszej okazji cofnie zmiany zaproponowane przez koalicję. - Każdego dnia będziemy im przypominać, co uczynili naszemu NHS – powiedziała Andy Burnham, minister zdrowia w gabinecie cieni.