spaliny, samochód
Nowe normy emisji w autach od listopada 2026 Fot. Shutterstock

Norma emisji Euro 7 to prawdziwe trzęsienie ziemi, które sprawi, że za dwa lata salon samochodowy może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. I umówmy się, niekoniecznie będzie to zmiana, za którą wasz portfel podziękuje.

REKLAMA

Zasady gry zmieniają się dokładnie 29 listopada 2026 roku. To wtedy nowe przepisy uderzą w pierwsze modele, które będą przechodzić proces homologacji.

Jeśli planujecie zakup auta, które dopiero ma zadebiutować na rynku, to właśnie ta data jest kluczowa. Rok później, pod koniec 2027 roku, norma Euro 7 obejmie już absolutnie każde nowe auto wyjeżdżające z salonu.

Czy obecni właściciele aut mają się czego bać? Spokojnie, nikt nie każe wam złomować waszych diesli czy benzyniaków. "Stare" auta zostają na drogach na starych zasadach.

Problem zaczyna się tam, gdzie w grę wchodzi cena nowego samochodu. Producenci już teraz przebierają nogami z nerwów, bo dostosowanie konstrukcji do nowych wymogów kosztuje fortunę.

Ale to nie koniec rewelacji. Do tej pory urzędników interesowało głównie to, co wylatuje z tyłu auta. W Euro 7 po raz pierwszy pod lupę trafia cały pojazd. Chodzi o emisję pyłów z hamulców oraz mikroplastik uwalniany przez zużycie opon.

Efekt? Może się okazać, że do łask wrócą... hamulce bębnowe. Tak, te same, które kojarzycie z autami budżetowymi sprzed dekady. Są szczelnie zamknięte, więc pył z klocków nie wydostaje się tak łatwo na zewnątrz. To paradoks naszych czasów: idziemy w nowoczesność, montując rozwiązania z poprzedniej epoki, żeby tylko zmieścić się w limitach.

Czytaj także:

Myśleliście, że elektryki mają taryfę ulgową? Nic z tych rzeczy

Wielu fanów elektromobilności sądziło, że ich te przepisy nie dotyczą. Nic bardziej mylnego. Samochody elektryczne również będą musiały spełniać normy dotyczące pylenia z opon i hamulców. Co więcej, Unia wprowadza minimalną trwałość akumulatorów.

Według nowych wytycznych, po pięciu latach lub 100 tysiącach kilometrów, bateria w waszym "elektryku" musi zachować co najmniej 80 proc. pojemności. I rzeczywiście wszelkie badania pokazują, że już tak się dzieje.

To świetna wiadomość dla rynku wtórnego, bo ukróci sprzedaż aut z "zajechanymi" ogniwami, ale dla inżynierów to kolejny ból głowy i presja na stosowanie droższych technologii.

Do tego dochodzi słynny już "test zimowy". Auto będzie sprawdzane w temperaturze -7 stopni Celsjusza. Koniec z bajkami o gigantycznych zasięgach, które topnieją przy pierwszym przymrozku. Teraz wszystko będzie czarno na białym.

Małe auta mogą po prostu zniknąć z cenników

I tu dochodzimy do najsmutniejszego wniosku. Norma Euro 7 może być gwoździem do trumny dla segmentu A i B. Koszt dopasowania małego, taniego auta miejskiego do tych wszystkich czujników, filtrów i systemów monitorujących jest tak wysoki, że produkcja np. małej Fabii czy Yarisa w podstawowych wersjach może stać się po prostu nieopłacalna.

"Samochody podrożeją", tak to zdanie słyszymy od lat, ale tym razem to nie jest straszenie na wyrost. Jeśli każde auto będzie musiało być niemal laboratorium na kołach, to zapomnijcie o tanich pojazdach dla ludu.

Nowa norma emisji to sygnał, że motoryzacja staje się towarem luksusowym, a my kierowcy będziemy musieli za tę czystość zapłacić z własnej kieszeni.

Jedno jest pewne: od 2026 roku w salonach nie będzie już tak samo. Pytanie tylko, czy będziemy jeszcze mieli z czego wybierać, czy zostaną nam same wielkie, ciężkie i piekielnie drogie SUV-y, które jako jedyne "udźwigną" finansowo wymogi Euro 7.