
Koncert Metalliki w Polsce to zawsze wielkie wydarzenie. Tym razem zespół powrócił na Stadion Śląski, gdzie ostatni raz zagrał w 2008 roku. Czy warto było czekać? I tak, i nie.
Metallica kocha Polskę (przynajmniej tak twierdzi), a polscy fani kochają Metallikę. Nic więc dziwnego, że Stadion Śląski w sparaliżowanym komunikacyjnie Chorzowie był 19 maja wypełniony po brzegi: na trybunach trudno było dostrzec puste miejsca, a przez płytę ciężko było się przemieszczać – dość powiedzieć, że było bardzo przytulnie. Czy warto było jednak czekać w takich warunkach na zespół?
Koncert w Chorzowie, czyli the best of Metallica
Przed gwiazdą wieczoru zagrały Knocked Loose i francuska Gojira, z których ta druga formacja wypadła o wiele lepiej, pokazując, że swoim skomplikowanym, matematycznym metalem potrafi porywać tłumy.
Dopiero ok. 20:45 fani usłyszeli utwór AC/DC "It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll)" – bywalcy metallikowych koncertów wiedzą, co to oznacza – a następnie intro "Ecstasy of Gold". Po nim na charakterystyczną scenę, ustawioną pośrodku płyty, wkroczyła Metallica. I zaczęła zrzucać swoje kaskady riffów: a to z "Creeping Death", a to z "For Whom the Bell Tolls". Chwilę wytchnienia dał rzadko grany "Of Wolf and Man" i kolejny klasyk: chóralnie odśpiewane "Memory Remains".
Następnie szybkie przypomnienie, że grupa właściwie promuje jeszcze "nowy" (sprzed dwóch lat) album, "72 Seasons". Z tej płyty "poleciał" jednak tylko singiel "Lux Æterna".
Dalsza część koncertu to już właściwie żelazny repertuar, który zna nawet niedzielny fan zespołu: ballada "The Unforgiven", "Fuel", "The Day That Never Comes", zajechane przez stacje radiowe i koncerty przy ognisku "Nothing Else Matters", "Sad but True", "One", "Seek & Destroy" i wreszcie "Master of Puppets" oraz "Enter Sandman". Ach, gdzieś pomiędzy muzycy wetknęli jeszcze mniej oczywiste "Wherever I May Roam".
I właściwie setlista to jedyny minus chorzowskiego show. Jeżeli ktoś przyjechał tego dnia na Śląsku, by zobaczyć Metallikę po raz pierwszy, musiał być zachwycony. Metallikowi weterani mogli jednak kręcić nosem. Przecież mowa o grupie o tak przepastnej dyskografii i wielu wspaniałych kompozycjach, po które od dawna lub bardzo rzadko sięga w czasie występów na żywo. Wystarczy przypomnieć dwa krążki, które w tym roku obchodzą okrągłe jubileusze: "Load" z 1996 r. i kultowe "Master of Puppets" z fantastyczną stroną "B".
Szkoda, że James Hetfield i jego koledzy nie chcą sięgać po mniej oczywiste utwory. Lenistwo? A może jedynie chęć przypodobania się tym wielbicielom, którzy ponad płytową dyskografię przedkładają playlistę na Spotify z gatunku "the best of...".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Muzycy Metalliki są w świetnej formie... nie tylko jak na swój wiek
Pomijając jednak pójście na łatwiznę z setlistą, nie sposób nie docenić kondycji muzyków. Wszyscy mają ponad 60 lat, a żywotności zazdrościć może im niejeden trzydziestolatek. James Hetfield skakał po scenie z gitarą (dosłownie) i co chwile dopingował fanów do jeszcze większego szaleństwa na płycie, Lars Ulrich, gdy tylko mógł, wstawał zza perkusji i zagajał do członków "Metallica Family".
Nieco kontrastowało to z postawą lekko przygaszonych Kirka Hammetta i Roberta Truijllo, którzy nadrobili to jednak swoim wykonaniem "Chcemy być sobą" Perfectu (w 2024 roku był to Maanam). Porażała też oprawa wizualna i pirotechniczna w czasie "Fuel" i "One". Przy "Seek & Destroy" na fanów zrzucono tradycyjnie wielkie metallikowe dmuchane piłki. Zagranie nieco festyniarskie, ale w końcu to koncert Metalliki, a nie Slayera!
Warto też pochwalić sam... obiekt. Tak, po latach niezbyt udanych pod kątem brzmieniowym występów na Stadionie Narodowym, śląski "kocioł czarownic" pokazał, jak powinni na żywo brzmieć metalowi giganci.
Za nami więc kolejny koncert Metalliki w Polsce. Czy było warto się wybrać? Z pewnością tak, choć stali bywalcy spotkań z twórcami "Kill'Em All" mogą powoli zaczynać czuć znużenie wspomnianą setlistą. Koncert bez "Nothing Else Matters" i "Enter Sandman" jest niemożliwy? A może warto pomyśleć o trasie "Rare Songs Tour"? Brzmi jak szaleństwo, ale mowa w końcu o grupie metalowej, która nagrała album z orkiestrą symfoniczną.
