
Historia muzyki to nie tylko albumy studyjne, ale też koncertowe. I właśnie nimi zajmiemy się w tym artykule. Które "koncertówki" można uznać za najciekawsze i które najlepiej oddają klimat występów na żywo? Wybraliśmy pięć takich wydawnictw – od kultowego "Unplugged" Nirvany po zapis legendarnych występów Led Zeppelin.
Tak, historia muzyki jest pisana płytami studyjnymi, są jednak takie wydawnictwa koncertowe, które zapisały się złotymi zgłoskami – szczególnie w dziejach rocka i metalu (a że koncertowanie wciąż ma się świetnie, pokazuje choćby zestawienie 6 koncertów w Polsce, na które warto pójść w tym roku).
Metallica symfonicznie
Zaczniemy jednak od oczywistego wyboru: płyty "S&M" Metalliki, która niedawno zagrała w Polsce i wykonała nawet cover... Perfectu. Na początku lat 90. Michael Kamen, znany dyrygent i kompozytor, nagrał partie smyczków do "Nothing Else Matters", ballady twórców powstającego wtedy "Black Albumu". Piosenka stała się ponadczasowym hitem, więc padła propozycja, by metalowcy nagrali z orkiestrą symfoniczną cały album. I udało się! Choć dopiero pod koniec dekady.
W 1999 r. Metallica zagrała koncerty z symfonikami w San Francisco i Berlinie. Nagrania z tego pierwszego miasta trafiły na "S&M". I, jak to bywa w przypadku "późnych" dokonań zespołu, dwupłytowy album wywołał kontrowersje. Do dziś niektórzy twierdzą, że obie strony bardziej tu ze sobą walczą, a nie się wspierają.
Osobiście zgadzam się z tym, że na "symfonicznej Metallice" są momenty gorsze, szczególnie, gdy Kamen stara się rywalizować z zespołem grającym swoje thrashmetalowe klasyki z pierwszych trzech płyt (choć "The Thing That Should Not Be" i "The Call od Ktulu" dopiero tu pokazują swoją potęgę) . Tyle że obok tego są kompozycje z "Black Albumu", "Load" i "Reload", które rozkwitły. Wystarczy posłuchać "Nothing Else Matters", "Bleeding Me" i "Outlaw Torn".
Nie można też nie wspomnieć o napisanych specjalnie na ten album "No Leaf Clover" i "Minus Human", które pokazują, jaki potencjał miała wtedy jeszcze Metallica.
I najważniejsze, całość ma rewelacyjny klimat.
Led Zeppelin mieli rozmach
Tego albumu nie mogło tu zabraknąć. "How the West Was Won" to potrójny album koncertowy Led Zeppelin. To zbiór nagrań pochodzących z występów zespołu w roku 1972 (25 czerwca w L.A. Forum i 27 czerwca w Long Beach Arena). Sam gitarzysta Jimmy Page uważa, że zespół był wtedy w szczytowej formie.
I faktycznie, dopiero słuchając tych nagrań można pojąć, skąd wziął się fenomen Zeppelinów. Zresztą posłuchajcie rozciągniętego do 25 minut "Dazed and Cofused", Utrzymać uwagę słuchacza przez taki czas potrafią tylko najlepsi!
Megadeth i niegrzeczna pobudka
Skoro była Metallica, musi być Megadeth, który na początku czerwca zagra na Mystic Festival. "Rude Awakening" zostało wydane w 2002 r., czyli w momencie, gdy zespół nie grał już w swoim najsłynniejszym składzie (Nick Menza został zastąpiony za perkusją przez Jimmy'ego DeGrasso, Marty Friedman oddał gitarę solową w ręce Ala Pitrelli'ego). Do tego był po serii albumów, które zostały średnio przyjęte przez fanów. Może właśnie to sprawiło, że grupa miała w sobie sporo determinacji i grała koncerty z pełną pasją.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Pod kątem setlisty mamy tu do czynienia z podsumowaniem ówczesnej dyskografii formacji, co sprawia, że zadowoleni będą zarówno, ci którzy wielbią thrashmetalowe początki zespołu, jak i wielbiciele jego rockowego, bardziej przebojowego oblicza. Ponownie równorzędnym bohaterem jest tutaj publika, która wspiera wielokrotnie Dave'a Mustaine'a wokalnie.
Choć to pozycja mniej znana, to jest warta odsłuchu.
Septicflesh z orkiestrą
Wspomniałem o "S&M", ale warto dodać, że mariaż metalu i rock z orkiestrą rzadko bywa udany, szczególnie, gdy mowa o ekstremalnych odmianach. Zęby (a właściwie kły) połamali sobie na tym choćby muzycy z Dimmu Borgir i Satyricon. A przecież ich muzyka wydawała się idealna pod coś tak szalonego.
O wiele lepiej poradziło sobie Septicflesh. Album "Infernus Sinfonica MMXIX" pokazał, że mocno przesterowane gitary i chrapliwe, niskie wokale potrafią dzięki orkiestrze zyskać głębi i mocy. Aż dziwne, że tak stosunkowo mało znany zespół osiągnął to, co nie udało się legendą gatunku.
Nirvana bez przesteru
Kończymy klasykiem: "MTV Unplugged in New York" i Nirvana. Album zna każdy, ale chyba nie wszyscy pojmują jego przewrotność.
Trio z Seattle zasłynęło z przesterowanych hitów pokroju "Smells Like Teen Spirit" i wrzasków Kurta Cobaina. Na swoim albumie akustycznym, który jest zapisem słynnego koncertu, grupa pokazała, że jej sukces brał się też z pięknych melodii i zmęczonego wokalu jej frontmana.
