
Pentagon już od miesiąca ma rozmieszczać swoje wojska i broń potrzebną do przeprowadzenia ataku militarnego na Kubę. Politico donosi, że teraz wojskowi czekają tylko na rozkaz Donalda Trumpa.
Według informacji portalu, Pentagon od miesięcy rozlokowuje żołnierzy i sprzęt w celu możliwego ataku na Kubę, oczekując tylko formalnego polecenia prezydenta Donalda Trumpa.
USA szykuje siły w okolicach Kuby. Czekają tylko, kiedy Trump powie start
Jak czytamy, w maju na Morze Karaibskie wpłynął lotniskowiec USS Nimitz wraz z kilkoma niszczycielami i krążownikami rakietowymi zdolnymi do wystrzeliwania precyzyjnych pocisków w cele lądowe. Ponadto od miesiąca w okolicach wyspy krążą zaawansowane amerykańskie drony i samoloty zwiadowcze.
"Okręt desantowy USS Kearsarge i jednostki eskortujące z 2,5 tys. żołnierzy piechoty morskiej (marines) znajdują się u wybrzeży Wirginii i przygotowują się do nowego rozmieszczenia" – dodano.
Donald Trump zaczął dawać sygnały o potencjlanym ataku na Kubę po tym, jak presja gospodarcza i polityczna nie doprowadziła do upadku komunistycznego rządu.
Zwrócono również uwagę na to, że obecność marynarki wojennej USA jest tam największa na świecie (poza oczywiście Bliskim Wschodem). To oznacza, że Stany Zjednoczone mogłyby rozpocząć natychmiastowe działanie.
"Raul Castro byłby ich pierwszym celem"
Scenariuszy może być kilka, ale Politico przywołuje taki, który obejmowałby akcję schwytania rządzących (tak jak miało to miejsce w przypadku Wenezueli), czy serię ataków precyzyjnych.
Mark Cancian, były urzędnik Pentagonu, obecnie starszy analityk w Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych, komentuje: – Możliwe są ataki powietrzne, które zniszczą ich obronę, umożliwiając szersze operacje powietrzne, a być może nawet zniszczą ich dowództwo, dążąc do nawiązania relacji takich, jak te z Wenezuelą. Raul Castro byłby ich pierwszym celem.
Jeśli do tego dojdzie, będzie to trzeci międzynarodowy konflikt, w który zaangażowałyby się USA za czasów Trumpa.
Zobacz także
Rubio komentuje: Kuba ma duże kłopoty
W minioną środę na posiedzeniu gabinetu Trumpa sekretarz stanu Marco Rubio miał powiedzieć, że "Kuba ma teraz duże kłopoty". – To, że upadłe państwo znajduje się 90 mil (około 144 km) od naszego wybrzeża, jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych – oświadczył wymownie.
Wcześniej mówił też o tym, że "władze Kuby zaakceptowały amerykańską ofertę pomocy humanitarnej wartą 100 mln dolarów". Jednocześnie stwierdził, że liczy na zmiany na wyspie drogą pokojową, lecz przy tym nie wykluczył użycia siły.
Co ciekawe rodzice Rubio pochodzą właśnie z Kuby. On sam podkreślał już wielokrotonie, że "komunistyczny reżim na wyspie stanowi zagrożenie dla USA, bo nie tylko posiada broń pozyskaną od Rosji i Chin, ale także gości na swoim terytorium rosyjskie i chińskie służby wywiadowcze".
W podobnym tonie wypowiadał się oczywiście Trump. Swego czasu przekonywał, że USA "nie spoczną, dopóki Kuba nie odzyska wolności". – Nie będę tolerować państwa zbuntowanego, ukrywającego wrogie zagraniczne operacje wojskowe, wywiadowcze i terrorystyczne zaledwie 90 mil od USA – powtarzał przed dziennikarzami na konferencjach.
