Coma
Coma zmarnowała swój artystyczny potencjał. mat. prasowe

Zespół Coma ponad dwie dekady temu pokazał, że polski rock nie musi mieć przaśnego oblicza Lady Pank. Muzycy nagrali dwie fenomenalne płyty. Potem było już jednak dużo gorzej. Co po drodze poszło nie tak?

REKLAMA

Coma to dziś jeden z najważniejszych polskich zespołów rockowych. Niewiele brakowało, by przeszła do historii jako grupa tak kultowa jak choćby Perfect. Problem w tym, że nagle zmieniła styl.

Coma, czyli zespół rockowy z krwi i kości

Coma powstała w 1998 r. w Łodzi z inicjatywy gitarzysty Dominika Witczaka i perkusisty Tomasza Stasiaka. Dołączyli do nich basista Rafał Matuszak, gitarzysta Wojciech Grenda i wokalista Piotr Rogucki. To ten ostatni stanie się twarzą formacji.

Jak to w zespołach rockowych bywa, nie obyło się jednak bez roszad personalnych: odszedł Grenda, którego zastąpił Marcin Kobza. Można było ruszyć na podbój Polski.

Coma zadebiutowała singlem "Skaczemy/Pasażer", który pokazał, że mamy do czynienia z tworem niebanalnym. Pierwsza piosenka przywoływała na myśl Rage Against the Machine, ale druga pokazywała, że w Polsce ponownie działa zespół, który potrafi pisać poruszające ballady.

Swoją siłę rażenia muzycy pokazywali zresztą od początku w czasie koncertów. Najlepiej widać to na dostępnym na Youtube występie w Radiu Łódź z maja 2003 roku. Grupie nie były potrzebne telebimy, lasery czy wizualizacje. Wystarczyła szczerość i bijąca z niej pasja.

Pod koniec 2003 r. muzycy podpisali kontrakt z wytwórnią muzyczną BMG Poland. W roku kolejnym wydali pod jej skrzydłami album "Pierwsze wyjście z mroku".

Nagle nieznany szerszej publice zespół niemal od razu wylansował hit. I do tego nie banalną, wesołą piosenkę, ale ponurą, poruszającą balladę, zwieńczoną do tego przejmującym skowytem Roguckiego. Mowa oczywiście o hymnie ówczesnych nastolatków, "Leszku Żukowskim".

Debiut fonograficzny Comy nie zawiera zresztą mielizn. To wydawnictwo kompletne, z muzyką inspirowaną twórczością Toola, pozytywnie rozumianym nu metalem czy grungem.

Sukces zespołu podkreślił utwór "Spadam" i przede wszystkim jeszcze lepsza druga płyta, "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków", która ukazała się na rynku w 2006 roku.

Zespół, niesiony popularnością, sławą i sukcesem (zarówno artystycznym, jak i komercyjnym) postanowił następnie nagrać epokowe, epickie dzieło. Dwupłytowa "Hipertrofia" z 2008 r. okazała się jednak zbyt dużym wyzwaniem. Choć grupa wcześniej nagrała dwa wspaniałe albumy, nie potrafiła w krótkim czasie skomponować równie pasjonującego materiału, który wypełniłby aż dwa dyski. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Odcinanie kuponów i zagubienie artystyczne

Wydany po dwóch latach krążek "Excess" zawierał część materiału z "Hipertrofii", ale tym razem Rogucki śpiewał swoje teksty po angielsku. Tak, zespół postanowił podbić Zachód. SPOILER: ze skutkiem raczej rozczarowującym.

W 2010 r. grupa nagrała też album z orkiestrą symfoniczną. Udany, momentami bardzo, ale trudno było nie uznać, że to gra na przeczekanie.

Dopiero w roku kolejnym muzycy odważyli się zaprezentować fanom kolejne premierowe nagrania. Na niezatytułowanej płycie, potocznie nazywanej przez kolor okładki Czerwonym albumem, Coma straciła jednak siłę rażenia, za którą pierwsi jej fani pokochali ją na debiucie.

Można odnieść wrażenie, że muzycy chcieli zrobić coś takiego jak wielu przed nimi i po nich: po latach grania złożonych kompozycji postanowili uprościć swoją muzykę. Tyle że wraz z tym zabrakło "tego czegoś". Nadal znajdowały się tutaj momenty bardzo dobre jak choćby "0Rh+" czy "Gwiazdozbiory", ale sąsiadowały z odstraszającym pop-rockiem w "Na pół" czy "Los cebula i krokodyle zły".

W 2013 r. Coma desperacko wydała jeszcze angielskojęzyczny odpowiednik "Czerwonego albumu" – "Don’t Set Your Dogs On Me". W tym czasie zagrała nawet trasę po Europie Zachodniej w towarzystwie kiczowatego metalo-gotyckiego Theriona. Trudno pojąć, kto mógł wpaść na taki pomysł, a do tego uznać, że to pomoże muzykom w zrobieniu kariery.

Kolejne lata to już "2015 YU55" (2016 r.), który miał być chyba w założeniu powrotem do ambitniejszego grania. Nie wyszło. Może dlatego szybko dyskografię uzupełniono albumem "Metal Ballads vol. 1", już bezpieczniejszym i bardziej piosenkowym, choć na tym etapie było już jasne, że formacja pogubiła się stylistycznie i sama nie wie, w którą stronę chce iść.

Ostatecznie zespół, jak się potem okazało, pożegnał się z fanami płytą "Sen o 7 szklankach", zawierającą covery piosenek z filmów i programów dla dzieci.

Dopiero w 2023 r. Coma ponownie o sobie przypomniała, zapowiadając swój powrót na scenę. I ten okazał się udany pod kątem komercyjnym – zresztą polski rynek muzyczny ma się dziś świetnie, skoro ponad 70 Polaków zarabia na Spotify pół miliona rocznie.

Grupa zagrała imponujące koncerty reaktywacyjne. Tyle że mocno kontrastowały one z tym, co muzycy robili np. w 2003 r., gdy sprawili, że pierwsi fani ich pokochali. Więcej zaczęło być w tym wystudiowanego show, coraz mniej autentycznej radości z grania.

Dziś Coma to już rockowy cyrk, firma, która musi zarobić na muzyków i ich współpracowników. Najlepszym podsumowaniem ostatnich lat historii zespołu jest przyznanie mu Fryderyka w kategorii "Metal" za album... koncertowy. Wyróżnienie wyśmiali i fani, i część branży, i... sami muzycy, który – jak widać – mają jeszcze zdrowy dystans do tego, co się wokół nich dzieje.