
Neurosis wróciło z nową płytą. To jeden z najważniejszych zespołów współczesnej ciężkiej muzyki, choć szerokiej publiczności pozostaje praktycznie nieznany. Album "An Undying Love for a Burning World" pojawił się w marcu w sieci, a teraz wreszcie ukazał się na płycie CD.
Na ten powrót fani czekali latami. Teraz stał się faktem.
Zespół Neurosis (wokalista/gitarzysta Steve Von Till, basista Dave Edwardson, perkusista Jason Roeder, ekspert od elektroniki Noah Landis i – od 2024 r. – śpiewający gitarzysta Aaron Turner) nie wypełnia stadionów jak Metallica. Nie nagrywa szokujących teledysków i nie pojawia się na galach rozdania prestiżowych nagród. Nie jest znany szerokiej publiczności.
Jest jednak owiany kultem w swoim specyficznym środowisku. Mówimy tu w końcu o jednej z najważniejszych współczesnych formacji muzycznych.
Neurosis, czyli ostatni prawdziwi artyści w metalu?
Dlaczego? Mało która grupa może pochwalić się tym, że zdefiniowała na nowo ciężkie, gitarowe granie i dała podwaliny pod cały nurt metalu (tzw. post metal). Choć i to brzmi w tym przypadku jak banał.
Początki działalności Amerykanów nie zapowiadały jednak niczego wielkiego. Jasne, debiutancki "Pain of Mind" z 1987 r. zawierał smakowitą dawkę siarczystego hardcore’a, ale taką muzykę świat doskonale już znał. Wystarczyły jednak trzy lata, dołączenie do składu śpiewającego wokalisty Steve'a Von Tilla, który wsparł dotychczasowego frontmana, Scotta Kelly'ego, i nieco szersze horyzonty muzyczne, by powstała już o wiele ciekawsza "dwójka", "Word as Law".
Przełom nastąpił jednak dopiero na "Souls at Zero" i "Enemy of Sun", które to albumy pokazały, że muzycy ani myślą powrócić do korzeni. Zamiast tego zaoferowali słuchaczom ciężkie, nierzadko nieprzyjemnie sprzężające gitary, zimną, niepokojącą elektronikę, nerwową rytmikę i krzyki wokalistów, brzmiące jak owoc inspiracji terapią pierwotnego krzyku. Na półce z ulubionymi płytami członków Neurosis pojawiły się wtedy zapewne dokonania Godflesh czy Swans.
Wszystko to i tak było tylko wstępem do najciekawszego artystycznie rozdziału w historii grupy. Albumy "Through Silver in Blood" (1996 r.) i "Times of Grace" (1999) pokazały, że mamy do czynienia z muzykami nie tylko nieszablonowymi, ale wybitnymi. Choć docenić byli to w stanie tylko melomani osłuchani w awangardzie czy "dziwnym" metalu pokroju Voivod.
Neurosis było zakorzenione w muzyce hardcore'owej, ale rozbudowało ją o motywy, na których swoją karierę zbudował Michael Gira ze Swans. Ciężkie, monumentalne riffy mogły sugerować też inspirację Black Sabbath. Tyle że grupa potraktowała to wszystko jedynie jako bazę, swoisty fundament.
Co ważne, w całej tej nawałnicy ciężkich gitar, krzyków, agresywnej elektroniki i sprzężeń słychać sporą wrażliwość, emocjonalność i szczerość. Tak jakby członkowie grupy traktowali swoją twórczość naprawdę jak swoistą terapię (może skojarzenie z pierwotnym krzykiem nie jest tu aż tak nie na miejscu?).
"Times of Grace" pokazał zresztą, że grupa ma na swoją twórczość naprawdę niebanalny pomysł. Wraz z płytą na rynku pojawił się też krążek "Grace" projektu Tribes of Neurot, alter ego Neurosis. Zawierał muzykę ambientową, która była dźwiękowym dodatkiem do "Times…", nadającym mu dodatkowego wymiaru. Dwa albumy nadawały się do symultanicznego odsłuchu. Konieczne były tylko dwie wieże. Na temat współpracy zespołu z z producentami sprzętu audio nic nie wiadomo.
Pierwsze lata XXI wieku pokazały, że zespół nie zamierza spocząć na laurach. Na "A Sun That Never Sets" zaczęło dominować delikatniejsze, choć nadal niepokojące oblicze grupy. To doprowadziło ją do nagrania – zdaniem wielu fanów – opus magnum: "The Eye of Every Storm".
Po drodze Neurosis nagrało też wspólny album z Jarboe, byłą już wtedy wokalistką Swans. Równie wspaniały, przepełniony silnymi emocjami.
Właśnie, powracającym wyrazem w opisie muzyki Neurosis są emocje. Bo też trudno wskazać wiele zespołów, które zabierałyby słuchacza w tak trudną, wyczerpującą, ale oferującą ostatecznie katharsis podróż.
Co interesujące, grupa nie nagrała też nigdy słabego albumu. Nawet wydane w kolejnych latach "Given to the Rising", "Honor Found in Decay" i "Fires Within Fires" choć już mniej zaskakujące artystycznie, nadal trzymały wysoki poziom.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Skandal z Scottem Kellym i afera, która wstrząsnęła fanami
Choć tekst ten rozpocząłem od tego, że do Neurosis nie przykleiły się nigdy żadne afery, to nie do końca prawda. W 2022 r. Scott Kelly przyznał się, że "od kilku lat znęca się emocjonalnie, finansowo, werbalnie i fizycznie" nad swoją "żoną i młodszymi dziećmi". W swoim oświadczeniu napisał, że paranoicznie bał się o to, że ktoś dowie się o stosowanej przez niego przemocy domowej. Z tego powodu zmuszał żonę i dzieci do pozostawania w domu i ograniczał ich normalne funkcjonowanie.
Pozostali muzycy odpowiedzieli na to wszystko komunikatem, w którym przyznali, że wiedzieli o sprawie od kilku lat, ale nie informowali o niej mediów, gdyż o to prosiła żona Kelly'ego. Do tego fani dowiedzieli się, że w 2019 r. wyrzucono Scotta Kelly'ego z zespołu. Mogło to tłumaczyć nagłe fonograficzne zamilknięcie grupy po wydaniu "Fire…" trzy lata wcześniej.
"Nie odpowiadając na żadne telefony, sms-y czy e-maile swoich kolegów z zespołu i przyjaciół, Scott opublikował publiczny post o tej sytuacji. Dla nas ta decyzja wydaje się kolejną próbą manipulacji, kolejną oznaką jego narcyzmu i potrzeby do kontrolowania sytuacji – dodali, sugerując, że ich byłemu koledze nadal bliżej do groźnego psychopaty niż skruszonego potwora w ludzkiej skórze.
Powrót z nowym albumem – "An Undying Love for a Burning World"
Przez parę lat wydawało się, że Neurosis już nic nie nagra. Dopiero w marcu br. muzycy przekazali, że postanowili wrócić. Kelly'ego zastąpił Aaron Turner, wcześniej lider równie cenionego zespołu Isis.
Bez zapowiedzi grupa wrzuciła od razu do sieci cały nowy album "An Undying Love for a Burning World". Jego wersja CD pojawiła się na rynku dopiero kilka dni temu.
Łukasz Dunaj, redaktor naczelny Noise Magazine, w video-zapowiedzi nowego numeru swojego periodyku, zdradził, że przeprowadził już pierwszy po przerwie wywiad z Von Tillem i ten przyznał mu, że cały kolektyw miał spore wątpliwości, czy powinien wracać na scenę pod nazwą Neurosis. To dodatkowo pokazuje wyjątkowość i autentyczność tej formacji.
Kolejne odsłuchy "An Undying…" utwierdzają mnie zresztą w przekonaniu, że to powrót, który nie został zaprojektowany w Excelu. Historia muzyki pokazuje, że takie reuniony bywają puentowane albumami, może i nierzadko dobrymi, ale jednak pozbawionymi "tego czegoś".
Nowy album Neurosis ponownie jest zaś przepełniony unikalnym spektrum skrajnych emocji (tak, znowu to słowo!). Choćby rozpoczynające całość – poza intrem – gwałtowne "Mirror Deep" rozcina na dwie części ambientowo-akustyczna partia. Złość na chwilę ustępuje ukojeniu, by po chwili wrócić w jeszcze drastycznej odsłonie. Nieludzkie momentami wrzaski wokalistów oplatają gargantuiczne riffy i potężnie brzmiąca perkusja (tak powinny brzmieć bębny w "zwykłym" metalu!).
Warto też zwrócić uwagę na "Blind", które w chwili wyciszenia staje się ambientowo-rockową balladą z jedną z najbardziej przejmujących partii wokalnych na całym albumie, by nagle przeistoczyć się w jedną najbardziej przerażających opowieści na krążku.
I jasne, można tu bez problemu odnaleźć odniesienia do wcześniejszych dokonań Neurosis. Nie ma tu jednak zbędnych nut czy tzw. "wypełniaczy". Jest transowa wycieczka w te części umysłu, w które nie lubimy zaglądać. Stąd tej muzyki nie warto może analizować kawałek pod kawałku, dźwięk po dźwięku: lepiej, jak w dobrym filmie, dać się porwać wizji twórców.
To ostatnie prowadzi do – skądinąd oczywistego, gdy mowa o Neurosis – wniosku, że całość jest mocno humanistyczna: rozpoczyna się od krótkiej przestrogi adresowanej do nas wszystkich w postaci wykrzyczanego intra ("We’ve forgotten how to live so we suffer, We’ve forgotten how to struggle so we suffer"), a kończy apokaliptycznym (także tekstowo), trwającym nieco ponad kwadrans (!) "Last Light".
Cóż, jeżeli świat faktycznie ma spłonąć, trudno o lepszy soundtrack.
