Ferrari Luce EV
Ferrari pokazało pierwszego elektryka i internet eksplodował. Teraz rozwali go o ścianę Materiały prasowe Ferrari

Świat staje na głowie, a piekło właśnie zamarzło. Ferrari, marka, która dotychczas kojarzyła się z niedostępnością, ryczącymi V12 i elitarnym statusem przygotowuje się do czegoś, co w jej kilkudziesięcioletniej historii nie miało jeszcze miejsca. Ich najnowsze, elektryczne dziecko, model Luce EV, ma zostać oficjalnie i bezlitośnie ciśnięte w ścianę przez inżynierów z Euro NCAP.

REKLAMA

Kiedy zobaczyłem pierwsze doniesienia z technicznego briefingu Ferrari w Rzymie, musiałem przeczytać je dwa razy. Supersamochody i niezależne testy zderzeniowe? To się po prostu nigdy nie łączyło.

Jeśli jednak myśleliście, że w Maranello postradali zmysły, to jesteście w błędzie. To genialny, choć cholernie kosztowny ruch, który idealnie pokazuje, jak bardzo zmienia się motoryzacja.

Dlaczego luksusowe potwory nigdy nie trafiały pod ścianę?

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w bazach Euro NCAP na próżno szukać wyników testów Lamborghini, McLarena czy właśnie Ferrari? Odpowiedź jest prosta: pieniądze, wolumen sprzedaży i... duma. Rządy nie wymagają tych testów, by dopuścić auto do salonów.

logo

Agencje crash-testowe biorą na tapet samochody masowe, czyli te, którymi wy, wasi sąsiedzi i połowa miasta jeździcie na co dzień do pracy czy po bułki.

Co więcej, protokoły testowe od lat układane są pod klasyczne osobówki, a nie pod niziutkie, karbonowe monokoki. No i najważniejsze: ryzyko wizerunkowe. Wyobraźcie sobie, że marka z czarnym koniem w logo dostaje w jakimś teście trzy gwiazdki, bo asystent pasa ruchu działał zbyt opieszale. Przecież to wizerunkowy strzał w kolano.

Dla ortodoksyjnych klientów kupujących ryczące maszyny liczyły się sekundy do setki i czas na torze Fiorano, a nie to, czy auto ma komplet poduszek kolanowych. Tyle że Ferrari Luce EV to zupełnie inna bajka.

Rodzinny elektryk za milion dolarów z ISOFIX-em na kanapie

Jak donosi australijski portal Drive rzecznik prasowy Ferrari oficjalnie potwierdził mediom, że uzyskanie oceny w Euro NCAP "jest częścią celów wydajnościowych" dla nowego modelu Luce. I choć nie ma jeszcze stuprocentowej deklaracji, kiedy dokładnie padnie pierwszy strzał, inżynierowie już projektują to auto tak, by spełniało wyśrubowane, niezależne normy bezpieczeństwa.

Dlaczego nagle im na tym zależy? Ponieważ Luce to nie jest kolejny bezkompromisowy bolid na tor. To potężny, czterodrzwiowy i pięciomiejscowy super-sedan, stworzony z myślą o codziennym, rodzinnym użytkowaniu.

logo

Mało tego, na tylnej kanapie znajdziecie tam... mocowania ISOFIX dla fotelików dziecięcych. Kiedy w grę wchodzi wożenie dzieciaków, klienci, nawet ci z portfelem bez dna, zaczynają pytać o bezpieczeństwo. Bogaty biznesmen może ryzykować własne życie w dwumiejscowym potworze, ale swojej rodziny w niesprawdzonym aucie elektrycznym raczej nie posadzi.

Trzeba jednak pamiętać, że to nie będzie tania zabawa. Przeprowadzenie pełnej procedury crash-testów to koszt około 750 000 dolarów. Żeby jednak agencja mogła wydać ostateczny werdykt, Ferrari musi dostarczyć co najmniej cztery egzemplarze Luce do totalnej destrukcji.

Mówimy więc o zniszczeniu aut wartych łącznie kilka milionów dolarów! To absolutny rekord. Dotychczas najdroższymi rodzynkami w historii testów były m.in. Porsche Taycan czy luksusowy Range Rover, ale żaden z nich nie grał w tej lidze cenowej.

Komputerowe symulacje to za mało. Czas na brutalną rzeczywistość

Oczywiście nie jest tak, że Ferrari do tej pory robiło niebezpieczne auta. Włosi od dekad niszczą prototypy we własnych laboratoriach i przeprowadzają zaawansowane symulacje komputerowe. Różnica polega na tym, że te wyniki nigdy nie trafiały do publicznej wiadomości. Były pilnie strzeżoną tajemnicą inżynierów. Teraz karty mają zostać wyłożone na stół.

logo

Ferrari Luce EV ma szansę zmienić zasady gry. Jeśli ten luksusowy, elektryczny supersamochód zgarnie maksymalne pięć gwiazdek, udowodni niedowiarkom, że bezemisyjna rewolucja w wydaniu z Maranello to nie tylko ekologia i marketingowy bełkot, ale też najwyższy możliwy poziom inżynierii bezpieczeństwa.

Czy zobaczenie niszczonego dzieła sztuki na kołach zaboli każdego fana motoryzacji? Owszem. Ale chodzi przecież o bezpieczeństwo.