Stocznia Gdańska, Megadeth, Marduk
Mystic Festival 2026 daje czadu Foto: Mighty Images, Konoplytska, bahadir aydin/Shutterstock

W Stoczni Gdańskiej trwa Mystic Festival 2026. Za nami pierwsze dwa dni wydarzenia – "rozgrzewkowy" i pierwszy właściwy. Ci, którzy w tym roku nie pojawili się na miejscu, mogą żałować.

REKLAMA

3 czerwca oficjalnie wystartował Mystic Festival, największy, polski festiwal metalowy. W ciągu 4 dni w Stoczni Gdańskiej zagra ponad 90 zespołów na pięciu scenach. Co istotne, to ostatnia odsłona imprezy w tej lokalizacji – Mystic szykuje wielkie otwarcie na kolejne lata.

Już dzień "rozgrzewkowy" (nie działała jeszcze wtedy Main Stage, scena z największymi gwiazdami), czyli 3 czerwca, pokazał, o jak ważnym wydarzeniu mówimy. Festiwal rozpoczął się od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie już tylko rosło. A to dopiero połowa atrakcji, jakie przygotowali dla fanów ciężkich brzmień organizatorzy.

Mystic Festival promuje przyszłe gwiazdy

Ci, którzy lubią odkrywać przyszłe gwiazdy, z pewnością musieli być zachwyceni występem duńskiego Neckbreakker. W 2024 r. grupa wydała swój debiut (zresztą wnioskując z wyglądu, przynajmniej część jej muzyków musiałaby w USA prosić mamę o to, by kupiła im piwo), a dziś poraża sceniczną charyzmą i zachwyca świetnym kontaktem z publicznością, którego pozazdrościć może jej niejeden zblazowany weteran.

To jednak nie Duńczycy okazali się gwiazdą wieczoru, a A. A. Williams. Brytyjka weszła na scenę w towarzystwie jedynie perkusisty i gitarzysty/klawiszowca, sama uzbrojona w gitarę i jeden z najciekawszych głosów na obecnej scenie muzyki rockowej. Fascynowała nie tylko wokalem, ale też zachowaniem na scenie, tym, jak przeżywała własne utwory. Dla takich występów warto wychodzić z domu i jeździć na koncerty. Zainteresujcie się jej twórczością już teraz, bo za parę lat będzie o niej znacznie głośniej.

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że tego dnia udany powrót na scenę zaliczyło polskie Damnation, potencjał koncertu szwedzkiego Grave został całkowicie zniszczony przez nagłośnieniowca, a założone przed laty przez legendę death metalu Chrisa Barnesa Six Feet Under pokazało, jak metalowy zespół nie powinien się starzeć.

Dalsza część artykułu poniżej.

Megadeth żegna się z fanami, a Polacy bohaterami zostają dnia. Ciśnienie dało czadu

Dopiero jednak 4 maja, czyli pierwszy dzień głównej części festiwalu, pokazał, dlaczego Mystic jest dziś tak ważnym wydarzeniem.

Przede wszystkim Ciśnienie pokazało, że na metalowym festiwalu cichą gwiazdą może okazać się zespół jazzowy. Choć przymiotnik "ciche" nie powinien tu padać, gdyż grupa swoją muzyką wywołała silne drgania powietrza. Jazz na metalowo? Polskie The Zu? Pojęcia te nie oddają tego, co działo się na przecież jednej z mniejszych scen Mystica.

Nie chodzi tylko o świetnie skomponowane utwory grupy, ale też to, jak muzycy zachowywali się na scenie: kompletnie zatracając się w swojej własnej twórczości. Choć muzyka Ciśnienia wspaniale brzmi też na płytach, dopiero widok zespołu grającego na żywo w pełni dopełnia wizję grupy. Wspaniały, już teraz jeden z najlepszych koncertów festiwalu: koniecznie zobaczcie ich choć raz na żywo! Choć ostrzegam: uzależnia.

Równie porywający, choć w bardziej rockowym znaczeniu, koncert dało Bloodywood z Indii (tak, metal dotarł i tam!). Choć zespół sławę zyskał głównie dzięki promocji na YouTube, udowodnił, że w tle musiał wytrwale szlifować swoje umiejętności w indyjskich klubach. Swoją charyzmą muzycy zaprosili polskich fanów do świetnej zabawy pod sceną. Jeden z najbardziej energetycznych koncertów festiwalu. Z bonusową, darmową lekcją języka hindi.

Gratką dla fanów polskiego metalu był zapewne występ polskiego Decapitated, na którym muzycy odegrali materiał ze swoich najwcześniejszych płyt. Niestety problemem okazało się brzmienie (chyba, że ktoś przyszedł posłuchać perkusji) i pewne wystudiowanie członków grupy. Powoli trudno pozbyć się wrażenia, że to już zespół-firma, a nie grupa kolegów, którzy chcą mieć frajdę ze wspólnego grania na żywo.

Zupełnie inaczej odebrać można było występ szwedzkiej legendy black metalu, zespołu Marduk. Twórcy "Memento Mori" weszli na scenę spóźnieni o 30 minut, ale zrobili to z pasją i żarem, który nie zdarza się już grupom z ponad 30-letnim stażem. Mroczny black metal grany na świeżym (no, ze sporą domieszką pyłu wzbudzanego bez szalejącą publikę) powietrzu brzmi jak ryzykowne posunięcie, ale Szwedzi pokazali, że pozostają nie tylko profesjonalistami, ale nadal są w tym, co robią autentyczni.

W przypadku żegnającego się z polską publicznością Megadeth (grupa gra trasę pożegnalną), mogę napisać tylko to, że otrzymaliśmy po prostu udane, profesjonalne show, na które złożyło się sporo największych hitów zespołu (tak, było też "Ride the Lightning" Metalliki). Brzmi nieco jak przepis na koncert Metalliki, ale bez festyniarskiego zacięcia, choć z lekkimi problemami wokalnymi Dave'a Mustaine'a.

Największe emocje zagwarantowało jednak niedługo później Blood Incantation, grupa, która łączy ze sobą ogień z wodą: death metal z dźwiękami a la Pink Floyd. Zespół zagrał na drugiej co do wielkości scenie festiwalu i dał monumentalne show. Wspaniałe, selektywne brzmienie, świetna forma muzyków, nocna aura i wreszcie gra świateł dały piorunujący efekt. Obok Ciśnienia, A. A. Williams i Marduka jak na razie jeden z najlepszych koncertów Mystica.