
Czterodniowy Mystic Festival, największy festiwal metalowy w Polsce, dobiegł końca. Już pierwsze dwa dni pokazały, że może być to jedna z najlepszych edycji wydarzenia. Czy tak ostatecznie było? Behemoth i Mastodon rządzili główną sceną, ale najmocniejsze emocje czekały gdzie indziej.
Dwa pierwsze dni Mystic Festival (w tym pierwszy tzw. "rozgrzewkowy") pokazały, że w czasie tak dużego wydarzenia najciekawiej mogą wypadać koncerty mniej oczywiste, organizowane na mniejszych scenach. Tym bardziej undergroundowym szlakiem podążyłem w drugiej połowie metalowego festiwalu w Stoczni Gdańskiej.
Mystic Festival intrygował mocniej na mniejszych scenach. Twórcze szaleństwo kontra tribute band
Norweskie Shining zagrało kolejny "najlepszy koncert festiwalu". Muzycy balansujący na granicy metalu i jazzu (i ogólnego muzycznego szaleństwa) bawili się swoją twórczością, a to nieco improwizując, a to łamiąc struktury swoich kompozycji.
Ot, choćby, gdy Jorgen Munkeby porzucił na parę minut gitarę i mikrofon na rzecz saksofonu. Kakofoniczny zgiełk ustąpił miejsca stonowanej solówce, która z pozoru bardziej pasowałaby na Bielską Zadymkę Jazzową, a nie największy polski festiwal metalowy. Zdecydowanie za rzadko spotyka się zespoły z takim stażem, nadal mające taką frajdę z odgrywania swoich utworów na żywo.
Po przeciwległej stronie festiwalu (druga największa scena) i podejścia do muzyki koncerty zagrały grupy Coroner oraz Death to All. Oba zespoły niezwykle precyzyjnie (tu nie było już mowy o wykonawczym szaleństwie) odegrały przygotowane przez siebie utwory, choć ci pierwsi wypadli po prostu lepiej i autentyczniej.
Może dlatego, że prezentowali na żywo swój własny materiał. Death to All to z kolei tzw. tribute band, grupa odgrywająca kompozycje legendarnej formacji Death. Oczywiście, w większości tworzą ją muzycy przed laty współpracujący z nieżyjącym już Chuckiem Schuldinerem, ale trudno było odpędzić od siebie myśl, że ktoś tu po prostu postanowił nieco dorobić na starość. Koncert profesjonalny, także udany, ale nieco wyprany z emocji. Nie tak jak występ Coronera, na którym pojawiło się co najmniej dwa razy mniej osób.
I ponownie powrót na Sabbath Stage (na co dzień mieści się tam klub B90) zagwarantował większe emocje. Historyczny koncert dało Today is the Day. Stojący na czele zespołu 60-letni Steve Austin udowodnił, że jest artystą o skali rażenia Michaela Giry, a występ jego formacji można porównać do katartycznych koncertów Swans.
Było to jednak jednocześnie fascynujące, jak i przerażające. Szczególnie w momencie, gdy zgiełk noise'owych gitar i kanonad perkusyjnych ucichł i sam frontman (który na scenie sprawiał wrażenie szaleńca gotowego do podpalenia świata) zrzucił maskę, okazując się niezwykle wrażliwym człowiekiem, może nawet zmagającym się obecnie z depresją.
Gdy tylko włączono światła i przerażający spektakl dobiegł końca, ten soniczny terrorysta, który przez nieco ponad godzinę prawie zerwał struny swojej gitary i wydawał niemal zwierzęce odgłosy, wyraźnie się wzruszył. Z załzawionymi oczami zszedł do publiczności, by podziękować jej za przybycie i wsparcie.
To zapewne tylko moje subiektywne spojrzenie (jak cały ten tekst), ale odnoszę wrażenie, że ostatni dzień (a przecież był to 6.06!) nie zagwarantował już takich emocji, poza jednym wyjątkiem, o którym jednak za chwilę.
Mastodon dał solidny koncert, ale ten wokal...
Scour, bardziej ekstremalne oblicze Phila Anselmo z Pantery, mogło zaintrygować, ale chyba głównie osobą samego frontmana, a nie samą muzyką. Podobnie jak Godslut – w tym przypadku wrażenie robił młodociany wiek muzyków (w poniedziałek zapewne wszyscy zgłoszą w szkole nieprzygotowanie).
Na tym tle o wiele lepiej wypadł Bolzer. Gitarzysta i wokalista ukrywający się pod pseudonimem HzR wykonał przed polską publicznością tajemniczy kilkudziesięciominutowy taniec z gitarą, co chwilę doskakując do mikrofonu i wykrzykując swoje tajemnicze inkantacje. Black metal w bardziej awangardowej formie z domieszką interesującego performance'u.
Na chwilę skierujmy swoją uwagę ponownie na największą scenę. Wiele wskazuje na to, że Mastodon nagranie najciekawszych albumów - przynajmniej pod kątem artystycznym – ma już za sobą. Jak jednak radzi sobie na żywo?
Zespół zagrał na Main Stage, dał bardzo solidny koncert, zaprezentował przekrojową setlistę i, co warto zaznaczyć, nadal daleki jest od zmanierowania gwiazd rocka. Problemem pozostaje wokal Troya Sandersa, który nie potrafi na żywo odtworzyć to, co rejestruje w studiu. W przeciwieństwie do Branna Dailora, który pozostaje jednym z najlepiej śpiewających perkusistów w historii rocka. Całość wypadła bardzo dobrze, ale – ponownie – po najciekawsze należało zejść do piekła.
Zobacz także
Współczesny festiwal metalowy, czyli wybierz swoją ścieżkę
Na ostatni dzień festiwalu warto było się wybrać głównie z powodu występu Gaahls Wyrd, formacji Gaahla, legendarnego byłego wokalisty zespołu Gorgoroth. Obok czwartkowego koncertu Marduka, było to najciekawsze blackmetalowe wydarzenie na Mystic Festivalu.
Jeden z najsłynniejszych frontmenów gatunku wręcz paraliżował swoją sceniczną charyzmą i wokalem – przechodził od przerażających, zwierzęcych skrzeków, przez piski, po nordyckie, ludowe przyśpiewki. I przede wszystkim sprawiał wrażenie kogoś, z kim nie chcielibyśmy się spotkać w ciemnej alejce.
W przeciwieństwie do koncertu Today is the Day, nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi na pytanie, czy to tylko poza. Może lepiej: black metal powinien opierać się na tajemnicy.
Mystic Festival to wydarzenie pełne kontrastów, więc w czasie, gdy Gaahl schodził z jednej z najmniejszych scen, na Main Stage wchodził Behemoth. Zespół Nergala to dziś może nawet większa gwiazda niż Megadeth, które w czwartek pożegnało się z polskimi fanami.
Z pewnością to też jedyny zespół grający tak ekstremalną muzykę, który może pozwolić sobie na oprawę sceniczną, po którą sięgają twórcy "The Satanist". Było to zresztą widać, gdyż w trakcie koncertu muzycy zeszli nagle z głównej sceny i – podobnie jak robił to w czasie ostatniej trasy Rammstein – przeszli na drugą, mniejszą, usytuowaną na platformie, która znajdowała się wśród publiczności. Poza tym oczywiście pirotechniki nie było końca.
I właśnie te dwa koncerty – ten Gaahl Wyrd i ten Behemotha – pokazały jak różnorodne emocje gwarantuje dziś Mystic Festival: intymny, blackmetalowy spektakl kontrastował z show, w którym pierwszą rolę odgrywały pirotechnika i sporo rockowej pozy. Co lepsze? Odpowiedź zależy od uczestnika.
Co za rok na Mystic Festival?
Mystic Festival rozrósł się do takich rozmiarów, że w tym roku po raz ostatni odbył się w Stoczni Gdańskiej. Nie bez powodu, gdyż wydarzenie cieszy się rosnącym zainteresowaniem.
W 2027 roku festiwal będzie więc większy – odbędzie się na gdańskiej Letnicy, w okolicach Polsat Plus Arena Gdańsk. Ogłoszono już datę: 10-12 czerwca. Kto zagra? Na razie nie wiadomo, ale skoro organizatorzy chcą wskoczyć na kolejny poziom, aż prosi się zaprosić Panterę czy Slayera (ponownie grają okazjonalne koncerty!). Widzimy się więc za rok!




