Donald Tusk, Józef Tusk, Cap Arcona
Sprawdzili, czy dziadek premiera Polski rzeczywiście mógł być na Cap Arcona. Fot. Shutterstock / Wikipedia (Public domain)

Na liście ocalonych z "Cap Arcony" widnieje Józef Tusk. Sprawdziliśmy, czy dziadek premiera Polski rzeczywiście mógł tam być.

REKLAMA

Trzy dni po śmierci Hitlera w berlińskim bunkrze, kilkadziesiąt wiernych Niemcom jednostek kotwiczących na wodach Zatoki Lubeckiej słyszy alianckie ultimatum: do 14:00 zdjąć z masztów nazistowską banderę.

Kilka minut po 14:00 samoloty Hawker Typhoon Mk. IB z dywizjonów RAF 197,198 i 26 bombardują te jednostki, które się nie poddały. Z pokładów zarekwirowanego przez Kriegsmarine liniowca "Cap Arcona" i mniejszego "Thielbeka" wyskakują do zimnego Bałtyku ludzie. Brytyjczycy strzelają do nich z karabinów maszynowych.

Nie wiedzą, że strzelają do więźniów obozów koncentracyjnych, którzy przetrwali piekło kacetu. Czy strzelali też do Józefa Tuska, dziadka obecnego premiera Polski?

Dramat w Zatoce Lubeckiej 

Chaos – to słowo najlepiej opisuje sytuację w Trzeciej Rzeszy, gdy "Ordnung" ukształtowanego żelazną pięścią NSDAP państwa sypał się w gruzy. W miarę postępów aliantów Niemcy – w chaotyczny sposób – ewakuowali kolejne obozy koncentracyjne.

Wyjątkiem było Neuengamme koło Hamburga. Zarządcy obozu metodycznie zniszczyli większość dowodów swoich zbrodni i dokumentacji obozowej. Część pozostałych przy życiu więźniów wysłali do Bergen-Belsen, a część nad Zatokę Lubecką.

3 maja 1945 r. o godzinie 14:00 "Cap Arcona" i "Thielbek" są pełne więźniów z Neuengamme oraz nielicznych ocalałych z marszu śmierci z podobozu KL Auschwitz w Wesołej (Fürstengrube).

Pięć dni później kończy się wojna.

Na niewiedzę Brytyjczyków złożyły się zbiegi okoliczności, wojenny chaos i niekompetencja osób odpowiedzialnych za przepływ informacji w alianckich wojskach. Historycy do dziś spierają się, czy niemieccy naziści mieli plan użycia więźniów jako karty przetargowej w negocjacjach, czy chcieli zatopić statki i pozbyć się świadków zbrodni, czy też działali bez planu.

Tropy wiodą w nieznane 

Kilka miesięcy badaliśmy historię "Cap Arcony". Odtworzyliśmy przebieg wydarzeń, który doprowadził do bombardowania, dotarliśmy do krewnych ocalonych. Ale ilu ich właściwie było?

79 lat po wojnie i krytycznej kwerendzie źródeł historycznych Arolsen Archives w różnych swoich publikacjach piszą i mówią o około 400-600 osobach. Tymczasem w archiwum znajdują się dwie listy – jedna z 20 sierpnia 1946 roku, stworzona przez Search Bureau, Control Commission for Germany – czyli okupacyjną administrację aliancką w Niemczech, druga z lat późniejszych. Na tej z 1946 roku widnieje nie 400, a dokładnie 1212 samych tylko nazwisk polskich i żydowskich.

Skąd ta rozbieżność? Jednym z najlepiej ilustrujących to przykładów jest historia człowieka, którego nazwisko widnieje pod numerem 1006 "wykazu imiennego więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3 maja 1945 r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck)".

logo
Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy "Cap Arcony" 3 maja 1945 r. Na czerwono zaznaczone nazwisko "Tusk". Fot. Arolser Archiv

Według tego dokumentu w maju 1945 r. Józef Tusk znalazł się nad Zatoką Lubecką i na pewno skontaktował się z okupacyjnymi władzami alianckimi. Czy jednak rzeczywiście uratował się z jednego ze zbombardowanych statków? A jeśli tak, to jak w ogóle się tam znalazł?

Przenieśmy się do roku 1976

3 lutego tego roku Józef Tusk wysyła list do Arolsen. Pisze, że od września 1939 r. do 26 sierpnia 1941 r. był więźniem politycznym Stutthofu o numerze obozowym 3366, a następnie do sierpnia 1942 r. – więźniem obozu Hamburg-Neuengamme o numerze 5939. I prosi o urzędowe potwierdzenie swojej obozowej odysei.

Odpowiedź przychodzi po pięciu miesiącach.

logo
List Józefa Tuska do Arolsen Archives z 1976 r. Fot. Arolser Archiv

Dowody na cierpienie 

Sześćdziesięciodziewięcioletni wówczas dziadek Donalda Tuska nie był jedynym Polakiem piszącym do instytucji, która dziś nazywa się Arolsen Archives - Międzynarodowe Centrum Badań Prześladowań Nazistowskich.

Niemcy skrupulatnie zapisywali, kto dostał się w ich ręce: imię, nazwisko, data urodzenia, zawód, rodzina, nazwa obozu, numer obozowy, gdzie został przeniesiony, kiedy zginął. Rzeczy osobiste więźniów również katalogowali. Po wojnie do Arolsen – małego miasteczka w Hesji – zwieziono całą ocalałą buchalterię Trzeciej Rzeszy i pieczołowicie skatalogowano.

Gdyby ułożyć tylko część zgromadzonych papierów jeden na drugim, ten, jak nazywają go pracownicy archiwum, "Pomnik z papieru” przewyższyłby najwyższy szczyt Niemiec, Zugspitze (2,962 m n.p.m.). W latach 50. XX w. baza wiedzy z Arolsen pomagała w poszukiwaniach rozdzielonych wojną rodzin. W kolejnych dekadach stała się podstawą do wypłat odszkodowań i do domagania się przez osoby represjonowane świadczeń od własnego państwa.

Obecnie, w ramach akcji Stolen Memory (ang. "skradziona pamięć"), pracownicy Arolsen Archives wraz z wolontariuszami szukają krewnych ofiar, którym – po potwierdzeniu tożsamości – zwracają zagrabione przez hitlerowców rzeczy osobiste: zegarki, papierośnice, medaliki, krzyżyki, biżuterię, listy. Jeszcze kilkaset polskich dusz czeka na powrót z Niemiec. Wraz z nimi do rodzin wracają kryjące się za pamiątkami historie bólu i straty. A czasem – jak na "Cap Arconie" – ocalenia.

Zbyt długa lista ocalonych 

"Nazwisko TUSK, Josef, urodzony 23.03.1907 r. w Gdańsku, (…), pojawia się – wraz z numerem obozowym 5939 z Neuengamme – w dokumentach zatytułowanych "Wykaz imienny więźniów obozów koncentracyjnych uratowanych z katastrofy 3 maja 1945 r. (statki Cap Arcona, Deutschland, Thielbeck)"  brzmi fragment odpowiedzi na list Józefa Tuska.

logo
Odpowiedź Arolsen Archives na list Józefa Tuska ws. dokumentacji jego niewoli w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych Stutthof i Neuengamme. Fot. Arolser Archiv

Wydaje się, że oto kolejne klocki układanki wojennej tułaczki Józefa Tuska trafiają na właściwe miejsce. Ale ekspertki archiwum, Małgorzata Przybyła i Anna Meier-Osiński – przestrzegają, że – jak to z puzzlami bywa – trzeba mieć stuprocentową pewność, że do siebie pasują. Sprawdzamy.

29 lipca 1976 r. pracownicy archiwum odpisują Józefowi Tuskowi także na jego pytania dotyczące Stutthofu i Neuengamme. Po pierwsze, że podany w jego wniosku numer więźnia 3366 nie występuje w niekompletnych dokumentach obozu koncentracyjnego Stutthof dostępnych w archiwum, ale według wiedzy jego pracowników numer taki musiał zostać nadany między 1 września a 16 listopada 1939.

Ten fragment odpowiedzi nie potwierdza ani nie wyklucza, że był to numer Józefa Tuska. Jak trafił do Stutthofu?

Pierwszy dzień wojny w Gdańsku 

1 września 1939 roku trzech niemieckich szturmowców wpada do mieszkania Tusków przy ulicy Rothaenchengang 25, obecnie Goszczyńskiego w Gdańsku. Pałkami wyganiają go na korytarz. Wykorzystuje okazję i ucieka. Przez następne godziny przemieszcza się po przejmowanym przez hitlerowców mieście, unikając patroli. W końcu jednak, bojąc się o swoje dzieci, zgłasza się na policję i trafia w ręce Niemców – czytamy w relacji Józefa Tuska zanotowanej przez Brunona Zwarrę w książce "Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków – Gdańszczan". Dopytywany na przesłuchaniu w Viktoriaschule (budynku szkoły dla dziewcząt przy Holzgasse 24, dziś Kładki 24) "od kiedy należy do polskiej mniejszości", Józef odpowiada: "tak zostałem wychowany".

2 września trafia do więzienia na Schiesstange (dziś Kurkowa 12), a około 20 września – nie jest pewny – do obozu jenieckiego w Nowym Porcie. Stamtąd zostaje wysłany na prace przymusowe w gospodarstwie rolnym na Żuławach, w Gross Lesewitz (dziś Lasowice Wielkie), gdzie pracuje "w dość przyzwoitych warunkach" do 19 marca 1940 r. A stamtąd do Stutthofu, ale dosłownie po kilku dniach przydzielają go do pracy w stoczni Schichaua w Elblągu.

Dlaczego więc w swoim liście do Arolsen Archives Tusk pisze po prostu, że 14 września 1939 r. trafił do Stutthofu? Być może dlatego, że – jak zwraca uwagę Małgorzata Przybyła – list zawiera błąd w nomenklaturze: gdy przebywał w Stutthofie, był to jeszcze "tylko" obóz dla osób cywilnych, przeciwników reżimu nazistowskiego, nie zaś – jak nazwał go Tusk – obóz koncentracyjny. Do systemu kacetów Stutthof został włączony 7 stycznia 1942 r. Po drugie zaś – to właśnie obóz w Nowym Porcie był formalną siedzibą wszystkich cywilnych obozów jenieckich dla osób z anektowanego przez Rzeszę Wolnego Miasta Gdańska, a jego więźniowie i Komendantura Obozów Jenieckich Gdańsk istotnie została później przeniesiona właśnie do Stutthofu.

Obozowa Odyseja 

Napisaliśmy do Muzeum Stutthof w Sztutowie z pytaniem o ślady bytności w nim Józefa Tuska. W zbiorach muzeum znajdują się m.in. dwie deski z wyrytymi na nich napisami "J. Tusk" i datą 25 września 1939 r. Jak podkreślają w korespondencji z Deutsche Welle pracownicy muzeum, nie da się ze stuprocentową pewnością potwierdzić, że dziadek premiera wyrył w nich te napisy.

Do Neuengamme Józef Tusk trafia – tak podaje w życiorysie zanotowanym przez Brunona Zwarrę – w sierpniu 1941 r. Opisuje, że ściągnęli go nagle ze stoczni do Stutthofu, gdzie dostał zwolnienie z obozu, ale nie pozwolono mu go zatrzymać, tylko przewieziono do prezydium policji w Gdańsku, a potem do Gestapo. Tam pomierzono mu czaszkę i ponownie aresztowano, a kilka dni później – jako "fanatycznego Polaka zagrażającego bezpieczeństwu Rzeszy" – wysłano do Neuengamme. Na tym kończy się jego relacja. W liście do Arolsen podaje datę końcową pobytu w Stutthofie – 26.08.1941.

W odpowiedzi z Arolsen czytamy, że w archiwach Neuengamme istnieje numer 5939 i rzeczywiście został przypisany więźniowi między 22 a 29 sierpnia 1941 r.

I ta informacja również nie potwierdza, że więźniem tym był Józef Tusk, ale tego nie wyklucza. Niemcom udało się zniszczyć przed końcem wojny znaczną część akt Neuengamme. Podczas wizyty w Arolsen dziennikarze Deutsche Welle widzieli wykazy przydziałów więźniów w KL. To rezultat lat pracy archiwum – sprawdzania list transportowych więźniów przybyłych w danym dniu i zakres wydawanych w tymże dniu numerów więźniarskich. Wykorzystywano też relacje naocznych świadków, czyli osób, które po wojnie korespondowały z archiwum i podawały numer obozowy oraz dzień przybycia do obozu. Co ciekawe, numer 5932 przyznano 19 sierpnia, a numer 5943 – 22 sierpnia. Numer 5939 musiałby zostać przyznany – inaczej niż podano w liście archiwum do Tuska – dosłownie jeden lub dwa dni przed tą datą.

– Nie mamy żadnych dokumentów, w których występowałby Józef Tusk wraz z numerem obozowym – przyznaje Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives. Podkreśla, że informacja taka – wraz z numerem i powołaniem się na źródło – Muzeum Pamięci Neuengamme – widnieje na stronie IPN. Sprawdziliśmy – jest.

logo
Zrzut ekranu ze strony polskiego Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczący Józefa Tuska. Fot. Institut des Nationalen Gedenkens

Napisaliśmy też do Miejsca Pamięci Neuengamme – instytucji, która zawiaduje ocalałymi dokumentami dotyczącymi obozu – z prośbą o przesłanie dokumentów i wszelkich zachowanych informacji o Józefie Tusku. Skoro bowiem strona IPN powołuje się na to źródło, to tam powinno znajdować się potwierdzenie, że Józef Tusk więźniem Neuengamme rzeczywiście był, a 5939 to jego numer obozowy.

"W naszych archiwach nie ma również jednoznacznych dowodów na to, że Józef Tusk był więźniem nr 5939 w obozie koncentracyjnym Neuengamme" – odpisuje Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme. Jak dodaje, numer 5939 wskazuje, że Tusk musiałby – co zgadza się z datami podanymi w jego liście oraz w życiorysie z książki "Gdańsk 1939" – przybyć do obozu około 20 sierpnia 1941 roku. Römmer dodaje też, że nie jest możliwe na podstawie dostępnych danych stwierdzenie, kiedy dziadek Donalda Tuska obóz opuścił. Sam Józef Tusk w swoim liście pisze, że przebywał w Neuengamme do sierpnia 1942 roku. 

Według relacji najstarszej córki Józefa, z którą w 2006 roku rozmawiała pomorska reporterka Barbara Szczepuła, święta Bożego Narodzenia 1943 r. jej ojciec celebruje w domu. Gedanopedia – encyklopedia dziejów Gdańska i jego mieszkańców – podaje, że po powrocie pracuje jako palacz w gdańskiej fabryce mydła i kosmetyków G. Schatza, który – na prośbę żony Józefa – wyjednał jego zwolnienie.

Branka do Wehrmachtu

Ale rodzinne szczęście trwa krótko. Między 2 sierpnia a 12 października 1944 r. (dokładna data nie jest znana), jak wielu Kaszubów, których Niemcy uznali za źródło rekruta do wykrwawiających się sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy, Józef Tusk zostaje wcielony do 328. Grenadier-Ersatz-und-Ausbilldungsbatallion Wehrmachtu, czyli batalionu rezerwowo-szkoleniowego wojsk III Rzeszy – jak podały w 2005 r. "Wiadomości" TVP na podstawie dokumentów Deutsche Dienststelle (WASt), czyli niemieckiego urzędu informującego rodziny o poległych w Wehrmachcie. 

Tę samą informację opublikował też tygodnik "Sieci", podając też numer nieśmiertelnika Tuska: 8241.

logo
Informacja od Deutsche Dienststelle (WASt) dotycząca orientacyjnej daty wcielenia Józefa Tuska do Wehrmachtu. Fot. Telewizja Polska

Z książeczki wojskowej oddelegowanego do tego batalionu żołnierza wiemy, że jeszcze 19 września 328. Batalion Rezerwy i Szkoleniowy Grenadierów stacjonował w miejscowości Minden w Westfalii (zachodnie Niemcy), 300 km na północny wschód od Roetgen. Dziennikarze Deutsche Welle dotarli do dokumentów, które wskazują, że 328. Batalion stacjonował we wrześniu 1944 roku w regionie Eupen, w okolicach niemieckiego miasteczka Roetgen przy belgijskiej granicy i brał udział w walkach z Amerykanami o to miasto. Wielu żołnierzy Wehrmachtu poddało się tam – trafili do utworzonego naprędce obozu jenieckiego.

W październiku – jak podaje leksykon Wehrmachtu – batalion kilkakrotnie przekształcono, rozdzielono, połączono, jego żołnierzy wcielano do innych jednostek. Jest prawdopodobne, że żołnierze batalionu brali udział – ale niekoniecznie jako batalion 328 – w morderczej, nierozstrzygniętej bitwie o pobliski las Hürtgen – właściwie serii bitew Amerykanów z Niemcami od 19 września 1944 do 10 lutego 1945, w której USA straciły 24 tysiące ludzi, a Niemcy odnotowali 28 tys. zabitych i rannych.

To początek najtrudniejszej do weryfikacji części historii dziadka Donalda Tuska. Ślad w niemieckich dokumentach urywa się bowiem na orientacyjnej dacie wcielenia do Wehrmachtu – 12 października 1944 roku. Istnieją wprawdzie kolejne dokumenty, ale działania weryfikacyjne dziennikarzy różnych mediów – a także relacje samego Józefa Tuska – podważają wynikające z nich wnioski. Należy je jednak przypomnieć.

Biała plama 

"To Polish Forces" – brzmi opatrzona datą 24 listopada 1944 roku notatka również znaleziona w Deutsche Dienststelle (WASt). W archiwach tych znajdują się dokumenty, które Niemcy otrzymali od Brytyjczyków, dotyczące osób, które zgłosiły się do alianckich wojsk, gdy te zajmowały tereny III Rzeszy. Z dokumentu tego wynikałoby zatem, że Józef Tusk spędził w kompanii pomocniczej Wehrmachtu maksimum cztery miesiące, a potem dołączył do sił polskich na Zachodzie. Tak też o swoim dziadku mówił sam Donald Tusk w nagraniu z marca 2023 roku.

logo
Notatka dotycząca przeniesienia osoby nazwiskiem Józef Tusk do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Fot. Bundesarchiv

Jak jednak pisze Barbara Szczepuła w swoim obszernym cyklu dotyczącym osób z Pomorza wcielanych przymusowo do niemieckiego wojska, pod koniec lipca 2006 roku Donald Tusk otrzymał z archiwum brytyjskiego Ministerstwa Obrony, gdzie przechowywane są także dokumenty Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, informację: "Józef Tusk, urodzony 23 marca 1907 roku w Gdańsku, syn Józefa, nie figuruje w żadnym wykazie".

Nie ma – sprawdziliśmy – imienia i nazwiska "Józef Tusk" w kolekcji akt żołnierzy powracających z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w latach 1945-1948 Wojskowego Biura Historycznego. Nie ma – w amerykańskich National Archives. Jak podaje serwis Pomorskie.Naszemiasto.pl, w gdańskim oddziale Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych znajduje się napisany w 1948 roku przez Józefa Tuska życiorys. A w nim: "25 sierpnia 1944 roku Niemcy wysłali mnie do Niemiec na roboty przy budowie okopów i pracowałem przy budowie bunkrów, rowów przeciwpancernych itd".

Z kolei – jak podaje portal wpolityce.pl – w życiorysie napisanym w 1975 roku do "Gdańskiego Słownika Biograficznego", Józef Tusk napisał: "Od 26.8.1944 do 5.3.1945 przy kopaniu okopów". Przy czym jest to jedyne miejsce, gdzie pojawia się data 5 marca 1945 roku. Wszystkie informacje zawarte w tych życiorysach pochodzą od samego Józefa Tuska, który nie podaje też szczegółów tego, co działo się z nim później. Jego nazwisko wypływa dopiero na liście ocalonych z majowego bombardowania "Cap Arcony”. Ale listę też trzeba krytycznie zweryfikować.

Pobojowisko III Rzeszy

W 1972 roku Arolsen Archives wydaje swoim pracownikom instrukcję, która nakazuje przy korespondencji dotyczącej listy uratowanych z "Cap Arcony" szczególną ostrożność.

W szczególności, gdy zgłaszający się do Arolsen pisali, że byli więzieni w obozach Stutthof, Auschwitz i Mittelbau, archiwum nakazywało odpisywać, że osoba taka – choć figuruje na liście uratowanych z "Cap Arcony" – po prostu "została zarejestrowana jako ocalona z obozu koncentracyjnego w regionie Neustadt/Holstein". Lista ocalonych "Nominal roll..." nie powinna być – jak podkreśla mgr Anna Meier-Osiński, historyczka z Arolsen Archives – traktowana jako stuprocentowy dowód tego, że osoby na niej się znajdujące na pewno były na "Cap Arconie" lub innych statkach. Jakie fakty i okoliczności z maja 1945 r. kazały ekspertkom z Arolsen przyjąć takie założenie?

Po pierwsze: liczby ofiar i ocalonych. Zgodnie z danymi podawanymi przez Muzeum Pamięci Neuengamme i Arolsen Archives, w bombardowaniu Zatoki Lubeckiej zginęło około 6-7 tys. ludzi. Tyle mniej więcej było tego dnia na "Cap Arconie" i "Thielbeku". Uratować zdołało się zaś nie ponad 1200 osób – jak wskazywałaby lista zawierająca nazwisko Józefa Tuska – ale między 400 a 600, Skąd te różnice?

Trzecia Rzesza na przełomie maja i czerwca 1945 r. to imperium, w którym załamał się stary porządek. Dyktator popełnił samobójstwo. Wierchuszka władzy ucieka lub siedzi w areszcie. Administracja się rozpada. Kraj jest pełen alianckiego wojska, pojmanych niemieckich żołnierzy i urzędników, szukających pomocy uchodźców wojennych, dipisów – osób przemieszczonych, zmuszonych do opuszczenia miejsca, w którym żyły przed wojną, dezerterów z Wehrmachtu, zdezorientowanej ludności cywilnej. Alianci próbują zapanować nad chaosem. Jeden z obozów dla dipisów organizują w Neustadt nad Zatoką Lubecką.

Nieopodal miejsca bombardowania "Cap Arcony".

Józef Tusk na liście ocalonych 

Badacze i badaczki z Arolsen dopuszczają po prostu, że na listach jako uratowani z katastrofy mogli zostać zapisani zarówno prawdziwi ocaleni, jak i osoby, które – po oswobodzeniu z obozów koncentracyjnych – znalazły się w regionie Neustadt/Holstein. I mogły nawet nie wiedzieć, że na tych listach się znalazły.

– Przekazywanie informacji o pobycie na jednym ze statków miało ścisły związek z danymi przekazanymi nam we wniosku. W przypadkach, gdy podano nam we wniosku numery więźniarskie z Auschwitz, Stutthof i Mittelbau, przekazywaliśmy informacje o tym, że osoba ta została zarejestrowana jako ocalały więzień obozu koncentracyjnego w rejonie Neustadt/Holstein. Jeśli wnioskodawca chciał uzyskać od nas zaświadczenie o pobycie w KL Neuengamme i jednocześnie podał, że był na pokładzie jednego ze statków, wtedy informacje z tych wykazów były przekazywane – tłumaczy Małgorzata Przybyła z Arolsen Archives.

W przypadku Tuska jest jeszcze inaczej. W korespondencji z dziadkiem premiera, która nastąpiła cztery lata po wydaniu wspomnianej instrukcji, archiwum informuje go, że figuruje na liście ocaleńców z katastrofy. Tusk – choć w swoim liście nie wspominał nic o "Cap Arconie" – podał oba numery obozowe – ze Stutthofu i z Neuengamme. Numer z Neuengamme zgadzał się z tym na powstałej trzy dekady wcześniej liście ocalonych z "Cap Arcony". – Więc można byłoby przyjąć, że był na statku, gdyby nie dalsze ustalenia – zaznacza Małgorzata Przybyła.

Z dalszych ustaleń wynika zaś, że z Neuengamme został wypuszczony, wrócił do Polski, a potem padł ofiarą branki do Wehrmachtu. Czyżby trafił ponownie do obozu, a potem na "Cap Arconę", "Thielbeka" lub "Athen”?

Christian Römmer z archiwum Miejsca Pamięci Neuengamme odpisuje nam, że jego archiwum nie ma informacji, które wskazywałyby, że Tusk mógł zostać więźniem Neuengamme po raz wtóry.

– Doświadczenie i praktyka wskazują, że przy ponownym wtrąceniu do obozu Tusk dostałby raczej nowy numer, a nie pozostawiono by mu starego – 5939 – mówią zgodnie Anna Meier-Osiński i Małgorzata Przybyła. Druga z badaczek podkreśla, że jest to teza oparta na przykładach innych więźniów obozów koncentracyjnych, którzy kilkakrotnie trafiali do tego samego obozu i za każdym razem otrzymywali nowy numer.

Jeśli więc Tusk w kwietniu 1945 roku nie znajdował się w Neuengamme, w jaki sposób miałby trafić na "Cap Arconę"?

Dipis

Wiemy na pewno, że najpóźniej w lipcu 1945 roku Józef Tusk znalazł się dokładnie tam, gdzie wydarzyła się katastrofa – we wspomnianym obozie dla dipisów w Neustadt. Świadczą o tym kolejne dokumenty z Arolsen – karta dipisa – osoby przemieszczonej, zmuszonej do opuszczenia miejsca, w którym żyła przed wojną – i aliancka karta z centrum rejestracji. I są to wiarygodne świadectwa losów Józefa Tuska.

Zgadzają się dane personalne, data i miejsce urodzenia, wykonywany zawód i imiona dzieci, imię i nazwisko panieńskie matki. Na pytanie, czy jest jeńcem wojennym, Tusk zaznacza "nie". Gdyby został schwytany jako żołnierz Wehrmachtu, ta opcja nie wchodziłaby w grę. To, że w lipcu 1945 r. trafił do obozu dla dipisów, nie budzi więc wątpliwości badaczy. Ale jak się tam znalazł? Czy podczas rejestracji jako dipis podał numer z ostatniego obozu, w jakim był? Czy w ten sposób wywołał łańcuch czynności urzędowych, na których końcu jest lista ocalonych z "Cap Arcony" z jego nazwiskiem? Czy jednak rzeczywiście uratował się z któregoś ze statków, ale po wojnie o tym – tak samo, jak o przymusowej służbie w Wehrmachcie – po prostu milczał?

Na te pytania w świetle wiedzy, którą udało się zgromadzić badaczom z Arolsen, oraz dokumentów, do których z ich pomocą dotarliśmy, nie można udzielić jednoznacznej, przesądzającej odpowiedzi.

– To, jak Tusk trafił do alianckiego obozu dla dipisów w Neustadt, nie jest udokumentowane. Sprawdziłam cały materiał archiwalny z tego obozu i nie odnalazłam w nich jego nazwiska. Natomiast karta rejestracji w obozie jest w zupełności trafna i nie wzbudza żadnych podejrzeń – mówi Małgorzata Przybyła.

logo
Karta rejestracji Józefa Tuska jako osoby przemieszczonej w obozie w Neustadt nad Zatoką Lubecką. Fot. Arolser Archiv

Wiemy zatem, że od 28 lipca do 24 listopada 1945 r. Józef Tusk przebywał w Neustadt. Tego dnia bowiem – jak zaświadcza aliancka karta z centrum rejestracji – "wyruszył do Polski".

logo
Aliancka karta rejestracji Józefa Tuska w obozie w Neustadt z informacją, że wyjechał do Polski. Fot. Arolser Archiv

W 2014 roku dalecy krewni Donalda Tuska wystawiają na aukcję zbiór pamiątek po dziadku premiera. Ostatecznie sprzedano tylko skrzypce zbudowane przez Józefa – był znanym i cenionym lutnikiem – zaś dokumenty nabyła, jak piszą wówczas media, "osoba prywatna".

Dziennikarze docierają jednak do informacji, że wśród urzędowych papierów była też wydana w Szczecinie jesienią 1945 roku Karta Państwowego Urzędu Repatriacyjnego i poświadczenie obywatelstwa polskiego dla całej rodziny w 1950 r. A także legitymacja Związku b. Więźniów Ideowo-Politycznych z 1946 r. nr. 0233, podająca jego numer ze Stutthofu – 3366.

Powojenna komunistyczna Polska uznała polskość Józefa Tuska. Dla świetnie mówiącego po niemiecku Kaszuba – już na starcie "elementu podejrzanego" – było to przepustką do normalnego życia w nowej, PRL-owskiej rzeczywistości.

Na aukcji była też "legitymacja wydana w 1945 r. przez Związek Polaków na miasto Neustadt", co stanowiłoby kolejne potwierdzenie jego bytności nad Zatoką Lubecką.

Dowody i białe plamy 

Odnalezione w Arolsen Archives dokumenty wyjaśniają część wojennej historii dziadka premiera Donalda Tuska. Dzięki nim wiemy dziś, że Józef Tusk wnosił o urzędowe potwierdzenie swojej niewoli w niemieckich obozach. Gdyby w nich nigdy nie był – poszukiwania te nie miałyby sensu.

Wiemy też, że między sierpniem a październikiem 1944 roku został – jak wielu Kaszubów czy Ślązaków – przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Istnieje dokument wskazujący, że najpóźniej w listopadzie tego roku dołączył do polskich sił zbrojnych, ale nie jest opatrzony ani datą, ani podpisem, nie znajduje też potwierdzenia w alianckich archiwach. Istnieją rozbieżności w dostępnych źródłach oraz wątpliwości co do dokładności dokumentów dotyczących jego tułaczki od jesieni 1944 roku do lipca 1945, kiedy to został zarejestrowany jako osoba przeniesiona (dipis) w obozie w Neustadt nad Zatoką Lubecką.

Wiemy, że istnieją dokumenty, które wskazują, że Józef Tusk, gdański kolejarz, więzień polityczny III Rzeszy, wcielony do Wehrmachtu Kaszub i Polak, dipis, ojciec i dziadek licznej rodziny i znany lutnik mógł przeżyć jeden z najtragiczniejszych epizodów II wojny światowej – bombardowanie i zatonięcie "Cap Arcony". Obecna wiedza i dostępne dokumenty i źródła nie pozwalają jednak przesądzić o tym ze stuprocentową pewnością, a on sam w swojej korespondencji z archiwum Arolsen nie wspomina, jakoby przeżył to wydarzenie.

– Historie takie jak Józefa Tuska pokazują, jak ważne jest zajmowanie się epoką narodowosocjalistyczną również dzisiaj – powiedziała Deutsche Welle w 2024 roku ówczesna dyrektorka Arolsen Archives, dr Floriane Azoulay. – Chciałabym, jako szefowa instytucji, która przechowuje miliony dokumentów, zwłaszcza dotyczących polskich ofiar niemieckich nazistowskich prześladowań przez reżim hitlerowski, zaapelować o wykorzystanie tych ważnych świadectw do badania, odkrywania i uzupełniania historii. Dla młodszych pokoleń wiedza i refleksja na temat prześladowań i marginalizacji mogą stać się główną motywacją do obrony różnorodności i demokracji.

*** Arolsen Archives jako pierwsze poinformowało oficjalnie premiera RP Donalda Tuska o odnalezionych dokumentach dotyczących jego dziadka. Redakcja Polska DW również podejmowała próby kontaktu z premierem. Do czasu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.