
"Okruchy dnia" wystarczy zobaczyć raz, by uznać je za arcydzieło kinematografii. James Ivory wyreżyserował dzieło kompletne, kładąc na nie kilka warstw farby, a raczej podtekstu, który jest odporny na czas. Choć adaptacja książki Kazuo Ishiguro skupia się na preludium i pokłosiu II wojny światowej, jej wydźwięk wciąż pozostaje aktualny, a kreacje stworzone przez Anthony'ego Hopkinsa i Emmę Thompson wydają się dziwnie znajome.
Dwa miesiące temu natknęłam się na Netflixie na film, który ostatni raz widziałam, gdy byłam jeszcze w gimnazjum. Wówczas nie miałam jeszcze wiedzy, jaka przyszła dopiero z wiekiem, by w pełni docenić ten ponad dwugodzinny seans utkany niuansami. Gdy ponownie pochyliłam się nad "Okruchami dnia", każda scena niosła ze sobą jakąś wartość – filmową, filozoficzną, socjologiczną czy historyczną. James Ivory zdołał nakręcić w 1993 roku niemalże pozbawiony rys dramat, który traktuje o moralności, bezczynności i przystawaniu na cokolwiek, co przyniesie człowiekowi los. Pozycja obowiązkowa dla kinomanów.
"Okruchy dnia" są niedocenionym arcydziełem. Po 30 latach nadal odzwierciedlają rzeczywistość
"Okruchy dnia" w reżyserii twórcy "Pokoju z widokiem" są adaptacją powieści pióra noblisty Kazuo Ishiguro, która w pozytywistyczny wręcz sposób przedstawia pracę służby lorda Darlington, skupiając swój wzrok przede wszystkim na relacji ochmistrza Stevensa i gospodyni, panny Kenton. On reprezentuje konformizm – akceptuje wszystkie polecenia wydawane mu przez pracodawcę, który może liczyć na jego ślepą lojalność. Ona zaś zachowuje ludzką twarz – nie boi się uczuć, które nią targają, i jasno stawia granicę, gdy nieludzkie poglądy arystokraty zaczynają ingerować w jej codzienne obowiązki. Ponadczasowy kontrast.
Nominowany do ośmiu Oscarów film z 1993 roku ma bogatą narrację, która traktuje i o niewysłowionej miłości, i o narodzinach brytyjskiej sympatii wobec nazizmu. Dramat na podstawie prozy japońskiego pisarza jest złożonym obrazem narodzin ideologii, przedstawiającym wachlarz postaw, które sprzyjają sianej po cichu nienawiści. Na pierwszy plan wysuwa się jednak kwestia szczęścia, które dla Stevensa jest nieosiągalne, i to z własnego wyboru. Finał skłania nas do zadania sobie pytania: czy ochmistrz aby nie zmarnował swojego życia? Zakończenie sprawia, że tytuł ten bez wahania mógłby trafić do zestawienia takiego jak "3 świetne filmy na Netflix, które warto znać".
Ivory patrzy na mrowisko, jakim jest Darlington Hall, przez otwory w drzwiach, prześwitujące firany i okna gospodarcze. Kamera przemyka po wysprzątanych na błysk korytarzach tak, jakby czuła się winna z powodu własnego podglądactwa. Reżyser nie spieszy się – daje ciszy wybrzmieć, a niepozornym gestom świadczącym o sympatii, jaką panna Kenton żywi wobec pana Stevensa, pozwala zostać zauważonymi. Pałac staje się klatką, z której szczęśliwcy wydostają się tylko wtedy, gdy zrozumieją, że praca nie definiuje ich jestestwa (to spostrzeżenie brzmi wyjątkowo aktualnie dziś, gdy zmęczenie nawet po urlopie i weekendzie dopada coraz więcej pracowników).
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Zdjęcia wykonane przez operatora Tony'ego Pierce'a-Robertsa w subtelny sposób korelują z tym, jak Stevens przygląda się z boku życiu innych ludzi; życiu, którego sam nie jest w stanie przeżyć.
W "Okruchach dnia" Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") i Emma Thompson ("Rozważna i romantyczna") świecą jako przykład wszystkiego, co najlepsze, w brytyjskiej szkole aktorstwa. Z pozoru neutralnym zwrotom "panno Kenton" i "panie Stevensie" odtwórcy głównych ról nadali nowy ładunek emocjonalny. Z każdą sceną napięcie między tą dwójką staje się coraz gęstsze i gęstsze, nawet jeśli na ekranie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Towarzyszący duetowi konflikt podsycają teatralne elementy obecne zarówno w występach, jak i produkcji (m.in. w introspektywnych ujęciach i kompozycji scenariusza).
"Okruchy dnia" przegrały wyścig po Oscary, ale z kolosami Hollywoodu
"Okruchy dnia" miały szansę sięgnąć po osiem nagród Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (m.in. za najlepszy film, reżyserię i pierwszoplanowe kreacje), ale złote statuetki sprzątnęli im spod nosa silniejsi konkurenci. W 1994 roku w najważniejszych kategoriach nominowane były takie produkcje jak "Lista Schindlera" Stevena Spielberga, "W imię ojca" Jima Sheridana, "Fortepian" Jane Campion, "Ścigany" Arnolda Kopelsona i "Filadelfia" Jonathana Demmego.




