
19 czerwca na ekrany polskich kin trafi "Robin Hood: Koniec legendy". W tytułowego bohatera wcielił się Hugh Jackman. Wytwórnia A24 sugeruje niecodzienne podejście do legendy o słynnym łuczniku. Pierwsze recenzje mrocznego filmu są jednak podzielone.
Film wyprodukowało słynne studio A24, zaś reżyserią zajął się Michael Sarnoski, który stoi za "Cichym miejscem: Dzień pierwszy" i "Świnią". Tym razem zainspirował się XVII-wieczną balladą "Robin Hood's Death" ("Śmierć Robin Hooda"). Jak mu wyszło? Znamy już pierwsze opinie krytyków.
O czym jest "Robin Hood: Koniec legendy"? Kolorowa baśń przemalowana na czarno
Robin Hood był przez dekady przedstawiany na małym i dużym ekranie w bardzo różny sposób. Była i kreskówka Disneya, i typowa dla lat 90. produkcja z Kevinem Costnerem, czy wreszcie świetny, mroczny serial "Robin z Sherwood" z wspaniałą piosenką Clannad.
Teraz czeka nas przygoda w "Robin Hood: Koniec legendy" ("The Death of Robin Hood"). I wiele wskazuje na to, że ponownie otrzymamy ponurą opowieść o Robinie Hoodzie. Może też najbardziej realistyczną.
Znamy już zarys fabuły: ciężko ranny, podstarzały Hood, w którego wciela się Hugh Jackman (filmowy Wolverine, który ostatnio błyszczał w "Deadpool & Wolverine") trafia pod opiekę tajemniczej kobiety. Tak otrzymuje szansę nie tylko na wyzdrowienie, ale też na odkupienie za zło, jakie wyrządził podczas swojego życia.
"Robin Hood: Koniec legendy" ma pierwsze reakcje krytyków
Znamy już pierwsze recenzje. I tak np. Matt Neglia z "Next Best Picture" twierdzi, że film spełnia ponure obietnice i dominować ma wyjątkowo mroczna atmosfera – nawet jak na standardy Michaela Sarnoskiego. Pierwsza część filmu ma być brutalna i pełna akcji, podczas gdy pozostałe dwa akty to mroczne studium postaci, które "dekonstruuje mit Robina Hooda".
Krytyk narzeka tylko nieco, że przydałoby się na ekranie nieco więcej Billa Skarsgårda (który był znakomity również w "Nosferatu"). Szwedzki aktor ma kraść każdą scenę, w której się pojawia.
Wszystko dopełniają wspaniałe zdjęcia, muzyka, charakteryzacja, produkcja i kostiumy. Razem mają tworzyć świat daleki od jakiejkolwiek tradycyjnej adaptacji historii o Robin Hoodzie. "Wciąż brakuje jednak czegoś, co uczyniłoby [film] jeszcze bardziej wyrazistym”, dodaje do tej beczki miodu nieco dziegciu Neglia.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Courtney Howard z "Variety" nie szczędzi jednak twórcom pochwał. Film ma być "odważny i brutalny". "To dynamiczna, błyskotliwa legenda nowego pokolenia i głęboka refleksja nad śmiertelnością. Hugh Jackman, Jodie Comer i Bill Skarsgård są bezsprzecznie wyjątkowi. Zdjęcia Pata Scoli są porywające i malarskie", podsumował.
Junior Felix z "The Hollywood Show" twierdzi, że to jeden z najlepszych filmów roku. Ten "jest przejmująco brutalny i niesamowicie porywający". Zupełnie innego zdania jest Nick van Dinther z "Bite Size Break", który ostrzegł, że film ma tylko tzw. momenty, ale ogólnie nie porywa. Odebrał całość jako "długi i żmudny seans".
W niektórych recenzjach pojawiają się też porównania do filmu "Logan: Wolverine", czyli ostatniej produkcji, która opowiadała o losach słynnego Rosomaka. Skojarzenia nasuwają się jednak same: w 2017 r. Jackman zagrał starzejącego się X-Mana, teraz Hooda-seniora.
O tym, jaka jest prawda o filmie dowiemy się już 19 czerwca, gdyż wtedy "Robin Hood: Koniec legendy" trafi do polskich kin (od 12 czerwca film mogą już oglądać Amerykanie).




