
Przyznajcie się, ilu z was po nagłym błysku fotoradaru na niemieckiej autostradzie odliczało z duszą na ramieniu miesiące, licząc na to, że sprawa po prostu zniknie w urzędniczych szufladach? Mam dla was złą wiadomość. Niemcy właśnie uderzyli w stół i od 1 lipca zmieniają przepisy.
Wiadomo, jak to dotychczas wyglądało w praktyce. Jeśli fotoradar zrobił nam pamiątkową fotkę, a urząd nie wyrobił się z papierologią i nie zdążył nas namierzyć w trzy miesiące, można było odetchnąć z ulgą. Przedawnienie mandatu z Niemiec było niemal pewne, a kierowcy często czuli się bezkarni.
Ale tamtejsze kraje związkowe w końcu zorientowały się, że przez tę bardzo krótką, trzymiesięczną furtkę wymyka im się zbyt wielu piratów drogowych. Urzędy po prostu nie nadążały z przetwarzaniem danych.
Co zrobili ustawodawcy? Po prostu wydłużyli ten czas dwukrotnie. Zgodnie z nowelizacją prawa, która wchodzi w życie 1 lipca, urzędnicy mają teraz aż sześć miesięcy na to, żeby skutecznie dowieść winę i wlepić mandat z zagranicy.
Przekroczenie prędkości, smartfon i czerwone światło. Za to ci nie odpuszczą
Nie łudźcie się, że sprawa dotyczy tylko najbardziej rażących, drogowych przestępstw. Nowe przepisy drogowe w Niemczech uderzą absolutnie w każdego, komu zdarzy się za kółkiem chwila zapomnienia lub głupoty.
Wydłużony do pół roku czas na ściganie obejmuje najpopularniejsze grzechy kierowców. Wystarczy standardowe przekroczenie prędkości, nieprawidłowe parkowanie czy totalny klasyk gatunku, czyli bezmyślne korzystanie z telefonu komórkowego podczas jazdy.
Oczywiście urzędnicy będą mieli też więcej czasu na ściganie takich "wyczynów" jak przejazd na czerwonym świetle. Niemcy jasno dają do zrozumienia: ucinamy pobłażliwość. Kary to nie tylko dotkliwe grzywny, ale też punkty karne (słynny rejestr we Flensburgu) czy nawet czasowe zakazy prowadzenia pojazdów.
Zanim zaczniecie na chłodno kalkulować, że pół roku to w sumie nie tak długo i da się to jakoś przeczekać, mam dla was kolejne złe wieści. W niemieckim prawie tkwi potężny haczyk, o którym wprost przypomina ADAC.
Jeśli w trakcie tych sześciu miesięcy niemiecki urząd podejmie wobec was jakiekolwiek czynności, czyli na przykład wyśle do Polski oficjalne pismo z prośbą o wskazanie kierującego, to bieg przedawnienia zostaje przerwany. I wiecie, co wtedy? Zegar zostaje zresetowany i całe sześć miesięcy zaczyna tykać od zera.
Szczerze? Przy takim układzie sił szanse na to, że niemiecki fotoradar cyknie wam "darmowe" zdjęcie, które nigdy nie dotrze do waszej skrzynki pocztowej, spadają praktycznie do zera. Organy ścigania zyskały potężny oręż, a zagraniczne mandaty karne będą teraz ścigać kierowców ze zdwojoną, bezlitosną skutecznością. Zdejmijcie nogę z gazu, bo to po prostu przestało się opłacać.
