Hugh Jackman jako Robin Hood
"Robin Hood": Koniec legendy" to najbardziej zaskakująca ekranizacja losów słynnego banity Fot. materiały prasowe

W polskich kinach można już oglądać film "Robin Hood: Koniec legendy". Nie jest to kolejna typowa ekranizacja losów Robina Banity. Co więcej, trailer zwyczajnie okłamuje widza, choć tym razem działa to na korzyść filmu. Powstał intrygujący obraz, który pozostanie z nami na dłużej, chociaż nie jest przeznaczony dla każdego.

REKLAMA

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że trailery starają się sprzedać filmy jak najszerszemu gronu odbiorców. W przypadku nowego "Robina Hooda" zespół marketingowy jednak przesadził.

Od razu odpowiem na pytanie, czy warto iść na "Robin Hood: Koniec legendy" do kina. I tak, i nie. Tak, wiem, ja też "uwielbiam", gdy ktoś w ten sposób rozwiewa moje wątpliwości. Już jednak wyjaśniam.

Recenzja "Robin Hood: Końca legendy". Zwiastun nie mówi prawdy

Z pewnością nie jest to obraz dla tych widzów, którzy oczekują kina akcji. Zapowiedzi sugerowały, że otrzymamy kino krwawe, brutalne, bliskie "Wikinga" Roberta Eggersa. "Koniec legendy" jest takim filmem, ale tylko przez pierwszy akt. Jucha tryska strumieniami, są łamane kości, roztrzaskiwane czaszki. Makabra w iście średniowiecznym stylu. W tle leci muzyka inspirowana twórczością Wardruny.

Wszystko jednak mija wraz z zadaniem tytułowemu bohaterowi niemal śmiertelnych ran. Dopiero wtedy zaczyna się właściwy film: nieprzytomny słynny banita z Sherwood trafia do tajemniczego klasztoru, gdzie leczy go Siostra Brigid. Robin otrzymuje tu szansę na rozliczenie się ze swoją przeszłością.

Dekonstrukcja legendy o Robin Hoodzie

Ekranizacje legendy o Robinie Hoodzie i jego kompanii bywały dotąd wesołymi historiami o dobrych banitach, którzy okradali Szeryfa Nottingham, by jego srebro przekazywać biednym. Słynny banita był postacią pozytywną, ludowym bohaterem, który robił co mógł, by zmniejszyć nierówności społeczne. Na tym tle wybijał się tylko słynny mroczny serial "Robin z Sherwood" z ponadczasową muzyką Clannad w czołówce. I tu jednak tytułowy bohater był odpowiednikiem Janosika.

Nowa ekranizacja w reżyserii Michaela Sarnoskiego z Hugh Jackmanem w roli głównej wywraca to wszystko do góry nogami. Robin Hood jest tu podstarzałym byłym przestępcą, który mordował, podpalał wioski i kradł. W jednej z pierwszych scen widzimy, jak zabija dziecko, chwilę wcześniej bez mrugnięcia okiem pozbawia też życia młodą kobietę.

Legenda o dobrym banicie? To wszystko, jak zdradza nam sam zainteresowany, kłamstwa. A przynajmniej większość, gdyż wiele wskazuje na to, że morderczy amok, w którym Hood żył przez lata, sprawił, że realne wydarzenia mieszają się mu z legendami.

Robin Hood kończy z mordowaniem, woli medytację

Pomijając pierwszy akt, "Robin Hood..." jest formą spowiedzi lub wręcz psychoterapii głównego bohatera. Tyle że nie przeżywa on katharsis mordując dawnych wrogów, a raczej prowadząc z pozoru nudne rozmowy z innymi bohaterami.

Film od drugiego aktu staje się przez to momentami senny. Oglądamy piękne krajobrazy, słyszymy poruszającą muzykę i z ukrycia przyglądamy się nierzadko intymnym interakcjom głównego bohatera: a to z Siostrą Brigid, a to tajemniczym Trędowatym (w tym wątku pojawi się zaskakujący plot twist adresowany dla fanów lore) czy wreszcie Małą Margaret.

Dalsza część artykułu poniżej.

Słowa "senny" nie pojawia się tutaj bez powodu, gdyż całość jest wręcz medytacyjna, wymaga od widza pełnego wejścia w świat przedstawiony i dokładnego śledzenia dialogów. Szczególnie to ostatnie jest tu ważne, gdyż wiele z nich ma potem odbicie w wypowiedziach bohaterów na końcu filmu.

Przez swój klimat "Robin Hood..." faktycznie przywołuje, jak wskazywali niektórzy recenzenci, na myśl "Wikinga" Eggersa, choć w większym stopniu to jednak mroczniejsza i brudniejsza odpowiedź na "Hamneta" Chloé Zhao. Ostatecznie to ekranizacja adresowana nie dla fanów szybkiej akcji, ale dla miłośników kina slow-burnowego, kontemplacyjnego, pozwalającego nam wgłębić się w swoje wnętrze i powoli kosztować świat przedstawiony.

Odkupienie Hugh Jackmana

"Robin Hood: Koniec legendy" jest opowieścią o odkupieniu, godzeniu się z losem, fatum i przepracowywaniu traum. Jest także próbą odpowiedzi na to, czy sami decydujemy o swoim losie, czy robi to otoczenie, w którym żyjemy.

Całość to też odkupienie Hugh Jackmana, który kojarzony przez lata z kinem komercyjnym, gra w końcu w produkcji, która pozwala mu pokazać jego aktorski kunszt. Szkoda tylko, że towarzyszący mu Bill Skarsgård czy Jodie Comer nie dostali w pełni szansy na pokazanie swoich umiejętności.

Podsumowując, nowy film o Robinie Hoodzie to kino autorskie, dalekie od hollywoodzkiej tandety i komercji oraz skierowane do odbiorcy poszukującego w kontakcie ze sztuką czegoś więcej aniżeli tylko greenscreenowych efektów specjalnych i tiktokowego tempa akcji. To najlepszy film o Robin Hoodzie od lat.