Lexus ES
Jeździłem nowym Lexusem ES i jestem w szoku Fot. Adam Nowiński / naTemat.pl

Z ręką na sercu muszę przyznać, że nowy Lexus ES ósmej generacji to absolutny kosmos, który na żywo wygląda, jakby przed chwilą zjechał z deski kreślarskiej twórców filmów science-fiction. Japończycy poszli na całość, pakując do swojej nowej limuzyny technologie i design z wysokiej półki. Tyle tylko, że póki co Polacy z zakupem tego modelu pewnie się wstrzymają, bo poczekają na inną wersję.

REKLAMA

Kojarzycie ten moment, kiedy marka pokazuje obłędny samochód koncepcyjny, a potem do produkcji trafia nudne, ugrzecznione wozidło? Tutaj jest dokładnie na odwrót. Z zewnątrz nowy Lexus ES garściami czerpie z niesamowitego konceptu LF-ZC. Ich nowa filozofia designu, ochrzczona jako "Clean Tech x Elegance", robi kapitalną robotę.

logo

Auto urosło i to znacząco. Mamy teraz 5140 mm długości (o 165 mm więcej niż u poprzednika!), co w połączeniu ze smukłą, opadającą linią dachu i nisko poprowadzoną maską daje sylwetkę potężnego, sportowego sedana.

logo

Ponadto auto jest szersze, a że na razie to tylko elektryk, to jest też wyższe no i ma większy rozstaw osi dzięki baterii w podłodze, co przekłada się na ogromne przestrzenie na tylnej kanapie i w bagażniku. Z tyłu wita nas pas świetlny zintegrowany z napisem LEXUS, a całość stoi na gigantycznych, aerodynamicznych felgach (nawet 21 cali). To auto po prostu krzyczy premium, ale w taki nienachalny, japoński sposób.

logo

Oczywiście nie obyło się bez zabiegów stylistycznych. Bo skoro auto urosło wzwyż to trzeba je wizualnie obniżyć. Dlatego zmyślnie dodano taką czarną wstawkę, która ją wypłaszcza.

Wnętrze to inna galaktyka

Wsiadasz do środka i od razu wiesz, za co płacisz. Zgodnie z zasadą japońskiej gościnności Omotenashi (chociaż na razie wersja wyposażenia o tej nazwie jeszcze nie została potwierdzona), kabina otula kierowcę, ale jednocześnie daje mnóstwo oddechu.

logo

Jak wspomniałem, miejsca na nogi z tyłu jest tyle (ponad 110 cm), że można by tam zorganizować mały bankiet, chociaż podejrzewam, że z wersją Omotenashi będzie tam miejsce na limuzynowe fotele z centrum dowodzenia rodem z LSa.

Na środku deski rozdzielczej króluje ogromny, 14-calowy ekran nowego systemu multimedialnego Lexus Connect, a przed oczami mamy wirtualny kokpit o przekątnej 12,3 cala. Ciekawostką są tzw. Hidden Switches, czyli przyciski zatopione w desce, które ożywają i podświetlają się dopiero po odpaleniu auta, dając fizyczną, bardzo przyjemną informację zwrotną pod palcem.

logo

Ale to, co najbardziej zszokowało mnie w wersjach czysto elektrycznych (Lexus ES 350e oraz topowym ES 500e), to technologia Interactive Manual Drive. Tak, dobrze czytacie. W potężnym, bezszelestnym elektryku z innowacyjnym napędem na cztery koła DIRECT4 możecie... wirtualnie zmieniać biegi łopatkami przy kierownicy! System genialnie symuluje szarpnięcia i zachowanie klasycznej skrzyni. Jazda "elektrykiem" jeszcze nigdy nie dawała tyle frajdy.

logo
logo

Akumulatory o pojemnościach od prawie 75 do prawie 76 kWh brutto w zależności od wersji ładują się w piku prądem o mocy max 150 kW od 10 do 80 procent w niecałe 30 minut, więc i trasy mu niestraszne.

No i jak wspomniałem elektryk ma dwie wersje: 350e i 500e. I patrząc na konfigurator, to o wiele lepiej kupić tę drugą, bo do kosztu 350e (280 100 zł) dopłacamy zaledwie 14 600 zł (294 600 zł) i mamy mocniejszy układ napędowy (343 KM do 224 KM w 350e), więcej dodatkowego wyposażenia oraz napęd na wszystkie koła. Dlatego 350e totalnie nie ma sensu. No może tylko jeśli chodzi o zasięg, bo ten na papierze rzeczywiście jest większy: 581 km w 350e do 529 w 500e. A 350e jeszcze gorzej wypada, jak zestawimy ją z hybrydą, która wjeżdża do Polski za 2-3 miesiące.

logo

Polak i tak kupi hybrydę

Choć na pewno znajdą się nabywcy elektryków, które imponują przyspieszeniem (500e do setki dobija w 5,5 sekundy) i bajerami. Warto jednak zaznaczyć, że na razie w Polsce król jest jeden. Wersja hybrydowa to to, na co nasi kierowcy czekają z wypiekami na twarzy, bo gwarantuje mniejsze spalanie i totalny spokój na długich dystansach.

logo

I tutaj Lexus odpala prawdziwą bombę. Hybrydowy Lexus ES 300h jako pierwszy model marki dostał napęd hybrydowy szóstej generacji. Sercem wciąż jest sprawdzony, 2,5-litrowy silnik benzynowy, ale teraz połączono go z nową, potężniejszą baterią litowo-jonową schowaną pod kanapą i mniejszym, ale wydajniejszym układem eAxle.

Co to oznacza w praktyce? Kosmicznie cichą pracę, genialną elastyczność i... wreszcie napęd na cztery koła E-FOUR. Tak, po raz pierwszy w historii modelu ES dostajemy klasyczną hybrydę odpychającą się z czterech łap. To kompletny "game changer" na nasze zimowe warunki.

logo

Wyposażenie na bogato już w standardzie

Na polskim rynku limuzyna wjeżdża od razu w wersji Prestige. I to, powiem wam, nie są przelewki. Dostajecie w standardzie 19-calowe felgi, panoramiczny dach, wentylowane fotele z elektryczną regulacją, te wielkie ekrany i najnowszą, czwartą generację systemów bezpieczeństwa Lexus Safety System +4.

Auto samo hamuje przed wymuszającymi rowerzystami, pilnuje martwego pola i patrzy z każdej strony, żebyście nie uszkodzili tego pięknego lakieru.

Nie mam wątpliwości. Nowy ES to genialne auto. Elektryki pokazują, że Japończycy potrafią robić samochody na prąd, które nie są nudne. Ale to Lexus ES 300h rozbije w Polsce bank. Nowa hybryda plus napęd 4x4 w nadwoziu, które wygląda jak milion dolarów? Ja to kupuję.

Czytaj także: