
Kiedy w Europie od miesięcy toczymy absurdalne spory o rok 2035, normy emisji spalin i unijne dyrektywy, a producenci próbują przekonać nas do zielonej transformacji, po drugiej stronie globu wydarzyło się coś, co wprawiło analityków w osłupienie. Jeden z krajów po prostu zakazał sprowadzania aut benzynowych i diesli.
Przyznaję, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem te doniesienia, myślałem, że to mocno rozdmuchana plotka. Ale nie, zakaz importu samochodów spalinowych stał się faktem i od 1 czerwca 2026 roku weszły w życie przepisy, które wywracają lokalny rynek motoryzacyjny do góry nogami.
Ban na spalinówki z dnia na dzień
Decyzja, za którą stoi tamtejsze Ministerstwo Przemysłu i Handlu, była dla wielu ogromnym szokiem. Laos, bo o tym azjatyckim państwie mowa, ustalił, że sto procent nowo importowanych samochodów osobowych na rynek lokalny stanowią wyłącznie samochody elektryczne. Jeśli lokalny dealer chciałby ściągnąć nowe auto z silnikiem benzynowym albo dieslem, odbije się od ściany.
Co istotne, ruszający właśnie eksperyment w Azji nie dotknął wszystkich gałęzi transportu. Rząd podszedł do sprawy z głową i ze sztywnych regulacji wyłączył na razie ciężarówki, sprzęt budowlany, autobusy miejskie oraz pojazdy specjalistyczne.
Powód jest prosty: w tych segmentach technologia bateryjna wciąż bywa uciążliwa i droga. Uderzono wyłącznie w segment aut osobowych, w którym tanich elektryków, zwłaszcza ze strony chińskich producentów, jest pod dostatkiem.
Jednak to, co w całej tej historii jest najbardziej fascynujące, to bezpośredni motyw podjęcia tak drastycznych kroków.
Czysty biznes, a nie ekologiczna nowomowa
Gdyby podobną decyzję ogłoszono w Brukseli, Paryżu czy Berlinie, usłyszelibyśmy tysiące podniosłych haseł o śladzie węglowym, topnących lodowcach i odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, wszystkie te powody są prawdziwe, słuszne, realne i zagrażają przyszłości ludzkości.
Laos miał jednak inne podejście i kierował się innymi pobudkami. Siedmiomilionowy kraj pozbawiony dostępu do morza ma po prostu potężny problem finansowy, który musiał jak najszybciej rozwiązać.
Laos jest potęgą, jeśli chodzi o elektrownie wodne. Kraj produkuje ogromne ilości energii elektrycznej i z powodzeniem eksportuje ją do sąsiadów, czyniąc z tego filar swojej gospodarki. Z drugiej strony nie posiada własnych złoż ropy i musi zaopatrywać swoje stacje za granicą.
Rosnące ceny paliw oraz stały odpływ twardej waluty z budżetu państwa doprowadziły do sytuacji, w której rezerwy walutowe zaczęły kurczyć się w zastraszającym tempie. Rząd dodał więc dwa do dwóch: po co płacić milionom zagranicznych koncernów naftowych w obcej walucie, skoro można zmusić kierowców, by ładowali auta własnym, krajowym prądem z wody?
To nie ekologia, to czysta samoobrona budżetowa i odcinanie się od importu paliw.
Ulgi, kwoty i bat na firmy. Jak wygląda ten plan w praktyce?
Samo wprowadzenie zakazu to jedno, ale trzeba jeszcze stworzyć warunki, w których ludzie nie zostaną na lodzie. Jak donosi portal electrek.co plan Laosu zakłada, że do 2030 roku udział pojazdów elektrycznych w całkowitej flocie kraju osiągnie co najmniej 30 proc. Żeby to zrobić, tamtejszy rząd mocno sypnął zachętami, ale też przygotował bat na przedsiębiorców.
Każdy importer sprowadzający samochody elektryczne w cenie do 50 000 dolarów jest całkowicie zwolniony z akcyzy. Do tego dochodzą drastycznie obniżone opłaty rejestracyjne, co sprawia, że zakup elektryka staje się po prostu opłacalny.
Z drugiej strony do końca tego roku firmy transportowe i flotowe mają ustawowy obowiązek posiadania minimum 10 proc. aut elektrycznych we flotach.
Żeby uniknąć paraliżu na drogach, państwo podpisało już umowy z 27 podmiotami, które mają błyskawicznie wybudować sieć ładowarek oraz stacje wymiany akumulatorów.
Ten ostatni punkt jest szczególnie ciekawy, bo w Azji technologia battery swap sprawdza się wyśmienicie i zamiast czekać 40 minut przy ładowarce, wjeżdżasz na stanowisko i po trzech minutach wyjeżdżasz z pełną baterią.
