
We wtorek 28 lipca pod Nową Sola na S3 policjanci zatrzymali pędzące BMW z 52-latkiem za kółkiem. Mężczyzna zamiast jechać przepisowe 120 km/h, grzał 191 kmh. Policjanci nie mieli litości.
Trwa okres wakacyjny, mnóstwo ludzi jedzie na upragniony wypoczynek, a na głównych arteriach panuje wzmożony ruch. I nagle, w tym całym wakacyjnym zamieszaniu, pojawia się on, czyli król lewego pasa, któremu najwyraźniej bardzo się spieszy na urlop.
Tym razem padło na 52-latka. We wtorek, 28 lipca, policjanci z nowosolskiej drogówki prowadzili rutynowe działania. W pewnym momencie na odcinku pomiędzy Nową Solą a Zieloną Górą ich wideorejestrator namierzył pędzące auto.
Kierowca BMW ewidentnie pomylił polską ekspresówkę z torem wyścigowym, bo gnał z prędkością aż 191 km/h. Przypomnę tylko, bo niektórzy chyba o tym wciąż zapominają, że trasa S3 na tym fragmencie pozwala na maksymalnie 120 km/h. To oznacza, że mężczyzna przekroczył limit o ponad 70 km/h.
Kara mogła być jedna
Oczywiście w przypadku tak rażących naruszeń nie ma mowy o żadnej taryfie ulgowej, bo i z jakiej racji? Znaczne przekroczenie prędkości to najkrótsza droga do nieszczęścia, a statystyki policyjne od lat są w tej kwestii bezlitosne.
Finał tej brawurowej przejażdżki był bardzo bolesny. Mundurowi wlepili kierowcy mandat w wysokości 2500 złotych, ale to nie strata gotówki boli tu najbardziej. Na konto 52-latka trafiło od razu 15 punktów karnych. Jeszcze jeden, nawet drobny błąd za kierownicą i mężczyzna błyskawicznie pożegna się z uprawnieniami.
Pół Polski mówi o tragicznych wypadkach na drogach szybkiego ruchu, a ja się pytam: co jeszcze musi się wydarzyć, żeby niektórzy wreszcie zdjęli nogę z gazu? Służby bez przerwy apelują o rozwagę, a nieodpowiedzialni kierowcy wciąż narażają nie tylko wysokie straty finansowe, ale przede wszystkim życie nas wszystkich.
1 / 10 Na początek coś łatwego...
Ten konkretny incydent to kolejny dobitny dowód na to, że pędzenie na złamanie karku kompletnie nie ma sensu. Czasem zdecydowanie lepiej dojechać na miejsce godzinę później, niż zafundować sobie "wakacje" z perspektywą utraty prawa jazdy i gigantyczną dziurą w portfelu.
