
Pamiętacie jeszcze mój test "zwykłego" BMW M2? Narzekałem wtedy na wygląd auta oklejonego "szybkimi" naklejkami i zwieńczonego skrzydłem wielkości stołu, ale jednocześnie rozpływałem się nad jego genialnymi właściwościami jezdnymi. Wtedy wydawało mi się, że G87 w swojej standardowej formie osiągnęło granicę tego, jak zwinne i ostre może być kompaktowe coupé z podwójnie doładowaną rzędową szóstką pod maską. Oj, bardzo się myliłem...
Bawarczycy mają bowiem w swoim słowniku magiczne dwie litery, które po dopisaniu do nazwy modelu zamieniają bardzo szybki samochód w bezkompromisową broń torową. Mowa oczywiście o emblemacie CS – Competition Sport.
Kiedy zadzwonił mój redakcyjny kolega z informacją, że czeka na mnie BMW M2 CS zacząłem przebierać nogami. Po przygodzie z M2 po cichu liczyłem, że i wersja CS wyląduje na kilka dni w moim garażu. Ta cała manifestacja jednak działa.

Pożegnanie z groteską

Pierwsze spotkanie na żywo usunęło z mej pamięci wspomnienie groteskowego spoilera, który szpecił M2. Tylna klapa M2 CS zwieńczona jest klasycznym ducktailem, który nadaje nadwoziu nieco retro sznytu, a testowany wóz zdobił absolutnie obłędny lakier BMW Individual Velvet Blue metallic, zestawiony z kutymi felgami M light-alloy w kolorze Gold Bronze. Nie ma na tym świecie fana motoryzacji, który się za takim połączeniem na jakiejkolwiek emce nie obejrzy.

M2 CS jest potwornie muskularne i krzykliwe. Na próżno szukać w nim elegancji czy dyskrecji. A jednak cieszy oko znacznie bardziej niż M2. To drapieżnik, a przemyślana konfiguracja wyciągnęła z niego to, co najlepsze, niczym wcierka z oliwy z laureata Mr. Olympia.
Kompromis? Nein!

Wygląd to tylko preludium do tego, co dzieje się po naciśnięciu czerwonego przycisku START. BMW M2 CS ma głęboko w nosie Twoje wyobrażenia o użytkowaniu sportowego auta na co dzień. Jeśli myślisz o komfortowym podróżowaniu do osiedlowego dyskontu, to przestań.
CS jest niezwykle sztywny, narwany i wręcz pryncypialnie sportowy – aż do bólu. To bezlitosna maszyna na tor wyścigowy, a homologację drogową i tablice rejestracyjne dostała chyba tylko po to, żeby kierowca mógł na ten tor dojechać na własnych kołach.

Zawieszenie spięte jest tak ciasno, że najechanie na leżącą na asfalcie monetę pozwala bez problemu ocenić jej nominał. Każdy ruch mięsistą kierownicą wywołuje natychmiastową, wręcz chirurgiczną reakcję przedniej osi.
Pod maską pracuje podkręcona, rzędowa szóstka S58. I choć mamy tu do czynienia z uturbionym (podwójnie) silnikiem, reakcje na gaz są błyskawiczne. Nie jest to reaktywność wolnossących jednostek M Power, ale pojęcia turbodziury M2 CS nie zna.

Inżynierowie z M GmbH dokonali trudnej sztuki i nie stracili ani grama z prawdziwego ducha dywizji M. Wydech ryczy, silnik kręci się jak w motocyklu, a skrzynia M Steptronic wbija kolejne przełożenia z zegarmistrzowską precyzją.

Liczby stojące za literami CS powalają na kolana. Trzylitrowe serce generuje aż 530 KM mocy oraz potężny moment obrotowy na poziomie 650 Nm. Efekt? Ta tylnonapędowa rakieta wystrzeliwuje pasażerów do prędkości 100 km/h w zaledwie 3,4 sekundy, a igła prędkościomierza zatrzymuje się dopiero przy 302 km/h.
Zabawka? Tak, lecz wszechstronna

M2 CS to auto-zabawka. Po otwarciu drzwi witają nas głębokie, karbonowe fotele kubełkowe M Carbon. I tu muszę złożyć małą samokrytykę: gdybym miał dwadzieścia lat i stawy z gumy, zapewne byłbym w nich zakochany bez pamięci. Dzisiaj jednak wpychanie się w te przeraźliwie ciasne kubły wymaga zwinności i smukłości jogina.

Te fotele to kolejny element M2 CS, który przypomina kierowcy, że habitatem jego zabawki jest Nurburgring. Trzymają ciało w zakrętach niczym imadło – nie drgniesz nawet o milimetr, połykając kolejne zakręty Zielonego Piekła – ale nie śmiałbym nawet myśleć o tym, żeby spędzić w nich cały dzień, stojąc w korkach.

I kiedy wydawało się, że ten bolid kompletnie nie nadaje się do jakiejkolwiek turystyki, rzeczywistość przygotowała dla nas zwariowany scenariusz. Postanowiłem zabrać M2 CS na kompletne odludzie, w głębokie i urokliwe zakątki Podlasia. Torowa katapulta na podlaskich bezdrożach? Powiecie, że to czyste delulu. A jednak!

O dziwo, to auto ma w sobie zaskakujące pokłady praktyczności. Bez większego problemu i całkiem wygodnie pomieściło na pokładzie cztery osoby. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Żeby dotrzeć na miejsce, musieliśmy zjechać z utwardzonej szosy na wyboistą, szutrową drogę prowadzącą przez środek pola.
Bałem się, że na sztywnym zawieszeniu i niskoprofilowych oponach powybijam sobie zęby, a przedni karbonowy splitter zostanie gdzieś w pokrzywach. Nic z tych rzeczy! M2 CS przecinało szuter z taką swobodą i pewnością siebie, jakby wiejskie drogi były jego drugim domem. Zobaczyć tego potwora lekko zakurzonego szutrowym pyłem pośrodku podlaskiej łąki, to widok absolutnie bezcenny.

Łzy przy rozstaniu
BMW M2 CS to rzadki okaz we współczesnej motoryzacji. To samochód niegrzeczny, surowy, głośny i nieznoszący codziennej rutyny. Każdy próg zwalniający jest w nim wyzwaniem logistycznym, a wysiadanie bywa komiczne.

Ale wiecie co? Gdy nadszedł dzień zwrotu kluczyków, czułem ogromny smutek. Pomimo tych wszystkich obiektywnych niewygód, twardego jak skała zawieszenia i ciasnych foteli, strasznie żal mi było oddawać to auto. Czułem się jak dziecko, któremu rodzice po całodniowej zabawie każą odłożyć na półkę w sklepie najwspanialszą zabawkę.

M2 CS daje mocny zastrzyk czystej radości z jazdy. To inżynieryjne dzieło sztuki, które bezczelnie przypomina, skąd wypływa pasja do motoryzacji. Jeśli macie w sobie żyłkę kierowcy wyścigowego i szukacie torowej zabawki, to auto skradnie Wasze serce tak samo, jak skradło moje.

