
Wypadek w Krakowie na Zabłociu to nie jest zwykła tragedia drogowa. To jest kronika zapowiedzianej śmierci, na którą wszyscy patrzyliśmy. Okazuje się bowiem, że mieszkańcy od lat zgłaszali, że na tej drodze jest niebezpiecznie i że wielu kierowców ma za nic przepisy.
Fakty są przerażające. Sobotni wieczór, ulica Solna w Krakowie. Strefa uspokojonego ruchu, gdzie znak jasno krzyczy: maksymalnie 30 km/h. To trasa, którą w weekendy spacerują tłumy rodzin wracających z Bulwarów Wiślanych.
I nagle w to wszystko wjeżdża Volkswagen. Za kierownicą 26-letni Hubert B. z Mazowsza. Według prokuratury, na liczniku miał około 70 km/h. Na śliskiej drodze. Trzeba być kompletnie pozbawionym wyobraźni, żeby wykorzystywać taką moc w gęstej zabudowie miejskiej, w strefie, która z założenia ma być bezpieczna dla pieszych. Efekt tej brawury?
Młode małżeństwo nie żyje. Z całego dramatu ocalała jedynie ich ośmiomiesięczne dziecko. Wózek jakimś cudem przetrwał uderzenie, ale stan malucha jest krytyczny. Zamiast dorastać z rodzicami, walczy o życie w szpitalu. A sprawca? Pasażerowie z jego auta wrócili po zeznaniach do domów, a on sam czeka na prokuratora.
I wiecie co wkurza mnie najbardziej? Że ten tragiczny wypadek na Zabłociu wcale nie musiał się wydarzyć.
"Zrobiłem za mało". Ten wpis łamie serce
Tuż po wypadku na Facebooku pojawił się wpis, który dosłownie poraża. Konrad Kordas, mieszkaniec Podgórza, opublikował dramatyczne wyznanie. Od 2021 roku ten człowiek robił absolutnie wszystko, żeby powstrzymać nielegalne wyścigi w Krakowie i patologię na ulicach Piwnej i Nadwiślańskiej.
"Mimo poświęcenia setek godzin na walkę z wiatrakami, czuję, że zrobiłem za mało" – pisze pan Konrad. A co robił? Zgłaszał piratów drogowych. Odwiedzał komendantów z V Komisariatu. Chodził na zebrania Rady Dzielnicy. Po nocach, nie mogąc spać przez ryk silników, wychodził z kamerą i nagrywał tych drogowych bandytów. Miał numery rejestracyjne, wizerunki. Miał wszystko. I jak podkreśla, nie tylko on zgłaszał, bo robili to też inni mieszkańcy.
I co zrobiło państwo? Co zrobiły służby, które z naszych podatków mają dbać o bezpieczeństwo na drogach? "Większość spraw została umorzona. Zaledwie kilka spraw skończyło się mandatem" – punktuje autor wpisu. To jest po prostu skandal. Zwykły obywatel odwala za policję czarną robotę, przynosi im dowody na tacy, błaga o interwencję, a system wzrusza ramionami, bo "nic się przecież nie stało". Aż do soboty.
To nie pierwszy raz. Gdzie jest granica pobłażliwości dla piratów?
Pan Konrad słusznie przypomina lipiec 2023 roku, kiedy to Patryk P. zabił siebie i trzech pasażerów w szaleńczym rajdzie ulicami Krakowa. On też jeździł wcześniej po Piwnej. On też był zgłaszany. Ile jeszcze takich tragedii musimy przerobić, żeby cokolwiek się zmieniło?
Z wpisu Kordasa bije gigantyczna frustracja i wcale mu się nie dziwię. "Jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się Polsce, jest sytuacja, w której przykładni obywatele (...) są zmuszeni walczyć z policją i rządzącymi, którzy powinni być dla nich wsparciem" – to zdanie powinno zawisnąć nad biurkiem każdego urzędnika i komendanta w tym mieście.
I nawet jeśli policja i miasto działały, to jak widać, bezskutecznie.
1 / 12 To na początek zmora wielu kierowców. Ta kontrolka oznacza problem...
Mamy sierpień 2026 roku. Piraci drogowi wciąż czują się na polskich ulicach jak panowie życia i śmierci, traktując miasta jak tory wyścigowe. A my, jako społeczeństwo, jesteśmy bezradni.
