
Od miesięcy typujemy, kto przejmie po Danielu Craigu najbardziej ikoniczny garnitur w historii kina. Na giełdzie nazwisk pojawiali się niemal wszyscy młodzi brytyjscy i niebrytyjscy aktorzy, którzy mają odpowiedni wiek i wygląd, ale teraz lista kandydatów na nowego Jamesa Bonda została (podobno) zawężona. Wśród sześciu – a właściwie siedmiu – najpoważniejszych kandydatów znalazł się aktor, którego mało kto zna. Jack Barton podobno jest dziś na czele faworytów. Możecie kręcić nosem, bo reszta kandydatów jest popularniejsza, ale mi się ten pomysł podoba. Hitowa franczyza potrzebuje właśnie kogoś takiego.
26. film o Jamesie Bondzie znalazł imponujących twórców. Reżyserem będzie Denis Villeneuve, wybitny twórca "Diuny", "Blade Runnera 2049" i "Nowego początku", a scenariusz pisze Steven Knight, twórca "Peaky Blinders", "Tabu" i "Tysiąca ciosów". Po raz pierwszy pełną kontrolę nad agentem 007 przejmie Amazon MGM Studios, które – pod wodzą Niny Gold, jednej z czołowych dyrektorek castingu w Hollywood – szuka nowego miłośnika martini wstrząśniętego, nie mieszanego. Jego nazwisko poznamy pod koniec roku, a media donoszą, że producenci mają już shortlistę faworytów.
Nowy James Bond wciąż wybierany. Na krótkiej liście Elordi, Dickinson i... Mescal
Na krótkiej liście znaleźli się Jack Barton, Jack Lowden, Callum Turner, Paul Mescal, Jacob Elordi i Harris Dickinson, a według Screen Rant w grze wciąż jest również Jack O'Connell. Każdy z nich ma argumenty, by zostać nowym Bondem, każdy jest niesamowicie zdolny i każdy by pasował (z jednym wyjątkiem, ale to za chwilę).
Lowden od lat zachwyca jako River Cartwright w serialu "Kulawe konie", będzie nowym panem Darcym w serialu "Duma i uprzedzenie" Netfliksa, a wcześniej grał m.in. w "Dunkierce" Christophera Nolana. Turner ma na koncie "Fantastyczne zwierzęta" i "Władców przestworzy", a jego nazwisko stało się jeszcze bardziej rozpoznawalne za sprawą małżeństwa z Dua Lipą.
Dickinson pojawił się w "W trójkącie", "Braciach ze stali" czy "Babygirl", będzie też filmowym Johnem Lennonem w filmie o The Beatles. Elordi, jedyny Australijczyk w tym zestawieniu, to już pełnoprawna młoda gwiazda Hollywood znana z "Euforii", "Saltburn" czy "Frankensteina" (za którego otrzymał nominację do Oscara). Teraz gra w średnio ocenianym "Gwiazdozbiorze Psa" Ridleya Scotta. O'Connell – jeśli faktycznie wciąż liczy się w wyścigu – to legenda serialu "Skins", zachwycał w "28 lat później", "Kochanku Lady Chatterley" i nominowanych do 16 Oscarów "Grzesznikach".
A Mescal? Cóż, uważam go za jednego z najlepszych aktorów swojego pokolenia. Niesamowicie zdolny gwiazdor "Aftersun", "Hamneta" i "Normalnych ludzi" (przyszły McCartney we wspomnianych "The Beatles") to osobiście jeden z moich ulubionych ludzi filmu w ostatnich latach. Tyle że kompletnie nie widzę go w roli Jamesa Bonda. Byłby to chyba najsmutniejszy agent 007 w historii, bo Mescal słynie ze smutnych ról. Jasne, grał w "Gladiatorze 2", ale widać, że lepiej czuje się w bardziej kameralnym kinie.
Jack Barton nowym Bondem? To byłby najbardziej nieoczywisty wybór. I najlepszy
Najbardziej interesuje mnie Jack Barton. Spośród tych wszystkich znanych nazwisk to on jest zdecydowanie najmniej oczywistym wyborem. Ma 31 lat i dopiero od kilku lat buduje swoją karierę. Widzowie mogą kojarzyć go przede wszystkim z "Heartstoppera", gdzie wcielał się w Davida Nelsona, starszego brata Nicka. Zagrał także w "Biednych istotach" Yorgosa Lanthimosa, a większą rolę dostał w drugim sezonie "Oddziału dla zuchwałych". Fani gier mogli natomiast usłyszeć jego głos w dodatku Shadow of the Erdtree do Elden Ring.
Co ciekawe, Brytyjczyk ma również coś w rodzaju naturalnego połączenia z nowym Bondem. W "Oddziale dla zuchwałych" pracował ze Stevenem Knightem. Według medialnych doniesień właśnie jego występ w serialu zwrócił uwagę osób odpowiedzialnych za casting.
Barton nie jest oczywiście gotowym Bondem wyjętym z pudełka. Nie ma ani wielkiej filmografii, ani dziesiątek okładek magazynów, ani statusu celebryty. Na Istagramie ma zaledwie 42 tysiące obserwujących (w świecie showbiznesu to malutko). Mało kto go jeszcze zna i w przypadku Bonda może być to gigantyczną zaletą.
James Bond nie potrzebuje wielkiej gwiazdy – sam jest wielką gwiazdą. To marka, której nie trzeba sprzedawać nazwiskiem aktora. Kiedy widzowie idą na nowego Bonda, kupują przede wszystkim 007, Aston Martina, martini, egzotyczne lokacje, gadżety i wielkie sceny akcji. Aktor jest oczywiście kluczowy, ale nie musi być magnesem samym w sobie. Wręcz przeciwnie – im mniej bagażu wnosi ze sobą do tej roli, tym łatwiej może stać się dla widzów Bondem, a nie aktorem grającym Bonda.
To zresztą nie jest tylko moja teoria. Debbie McWilliams, która przez cztery dekady zajmowała się castingiem do filmów o 007 i odpowiadała za wybór Timothy'ego Daltona, Pierce'a Brosnana oraz Daniela Craiga, mówiła o tym bez ogródek. Jej zdaniem Bond powinien pozostać postacią owianą tajemnicą. "Nie chcę, żeby którykolwiek z nich został Bondem, bo dziś wiemy o nich zbyt wiele" – stwierdziła o Elordim, Turnerze i Dickinsonie.
– O szpiegu powinniśmy wiedzieć jak najmniej. Nie interesuje mnie, gdzie robi zakupy, kim są jego rodzice ani gdzie mieszka. Nigdy nie powinniśmy oglądać go w domu. Istotą tej postaci jest to, że ma licencję na zabijanie i widz musi bez cienia wątpliwości uwierzyć, że byłby do tego zdolny. Jeśli tego zabraknie, traci się wiarygodność całej postaci – stwierdziła w "The Independent".
Dalsza część artykułu poniżej.
Czy rozpoznasz film o Jamesie Bondzie po kadrze?
1 / 12 Jak nazywa się ten film o agencie 007?
Fot. materiał prasowy
McWilliams przypomniała, że Timothy Dalton i Pierce Brosnan nie byli wówczas szczególnie rozpoznawalnymi aktorami, a Daniel Craig "miał za sobą role w kinie niezależnym i dość barwne życie uczuciowe, ale wciąż nie był nazwiskiem znanym w każdym domu". Jej wymarzony Bond miałby pojawić się wręcz "znikąd".
Historia serii rzeczywiście pokazuje, że wielka gwiazda nie jest warunkiem sukcesu. Sean Connery przed Bondem nie był międzynarodowym gwiazdorem, a Pierce Brosnan kojarzony był przede wszystkim z telewizyjnym "Detektywem Remingtonem Steele'em". Wybór Craiga w 2005 roku wywołał burzę wśród fanów. Zarzucano mu, że nie przypomina Bonda z książek Iana Fleminga i że jest zbyt mało znany. Potem przyszło "Casino Royale" i okazało się, że problemu właściwie nie było. Bądźmy jednak pewni, że obojętnie, kto zostanie nowym Bondem, tym razem będzie podobnie – zwłaszcza że czasy się zmieniły i nie dostaniemy już samca alfa (puryści zapłaczą).
Nowy Bond nie potrzebuje gwiazdy. Potrzebuje Bonda
Dlatego choć naprawdę lubię wszystkie nazwiska z obecnej shortlisty, najbardziej podoba mi się pomysł, żeby Amazon postawił właśnie na kogoś takiego jak Barton. Lowden byłby świetnym Bondem. Turner i O'Connell również. Dickinson ma odpowiednią charyzmę, Elordi bez problemu sprzedałby się jako współczesny uwodzicielski 007 w starym stylu, a Mescal jest aktorem tak znakomitym, że pewnie przekonująco zagrałby nawet drzewo.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Tylko że w ich przypadku mam wrażenie, że dostalibyśmy przede wszystkim Paula Mescala, Jacoba Elordiego czy Calluma Turnera jako Jamesa Bonda. A ja wolałabym dostać po prostu Jamesa Bonda.
Skoro Barton jest obecnie faworytem, to Amazon musi myśleć tak samo. Jest w tym oczywiście ryzyko. Mało znane nazwisko oznacza mniejszy "star power" i miliony dolarów, które studio musi wydać na marketing. Nie można też zagwarantować, że aktor bez wielkiego doświadczenia udźwignie ciężar bycia Bondem w tak kultowej franczyzie. Jego życie zmieni się bezpowrotnie, nie mówiąc już o hejcie, jaki (z pewnością) dostanie.
Z drugiej strony właśnie dlatego Bond może być najlepszą możliwą rolą dla kogoś takiego jak Barton. 007 to postać, która potrafi stworzyć gwiazdę, zamiast potrzebować jej wcześniej, a w przypadku mniej znanego aktora nie powinno być też problemów ze zgraniem zawodowych terminów (co podobno było powodem odejścia Nicholasa Noulta z "Harry'ego Pottera"). Jeśli Barton okaże się dobry, jego nazwisko za kilka lat może być nierozerwalnie związane z 007.
Może właśnie tego potrzebuje teraz seria – kogoś nierozpoznawalnego. Po piętnastu latach z Danielem Craigiem nowy Bond powinien być świeży, ale nie tylko dlatego, że będzie młodszy czy bardziej nowoczesny. Świeży także dzięki twarzy, której jeszcze nie zdążyliśmy przypisać do żadnej innej wielkiej roli. Czyli dokładnie tak jak w przypadku Craiga. I właśnie dlatego, jeśli Amazon rzeczywiście wyciągnie Bartona z kapelusza, nie będę rozczarowana, tylko bardzo, bardzo ciekawa.




