
"Bohemian Rhapsody" z jakiś dziwnych powodów stało się filmem kultowym. Widzowie go pokochali, ale chyba tylko dlatego, że opowiada o Queen. Fani rocka przymykają oczy na wiele wad produkcji sprzed ośmiu lat. Twórcy "A Night at the Opera" zasłużyli na coś znacznie lepszego.
"Bohemian Rhapsody" weszło na ekrany kin w 2018 r. i niemal od razu stało się hitem i filmem kultowym. W końcu opowiada losy Queen. Tyle że w praktyce to kino mdłe i bezpieczne. Kompletnie nie takie, jaka była muzyka Freddie'ego Mercury'ego.
Przepis na film o gwiazdach rocka jest prosty. Pozornie
Ekranizowanie biografii znanych muzyków na pozór wydaje się banalnie proste. Przecież życiorysy tych historii to idealne materiały na scenariusze, przypominające nierzadko nieco przybrudzone wersje bajki o Kopciuszku.
Mamy bowiem niemal nieznany nikomu zespół, który gra koncerty dla garstki fanów w małych klubach. Nagle jednak na ich występ przychodzi manager znanej wytwórni i... tak, proponuje im świetny kontrakt. Oczywiście – by nie było tak nudno jak w bajce – "menago" okazuje się po czasie Mefistofelesem, a umowa z dużą "stajnią" przekleństwem.
Sam zespół się rozpada, by dopiero w ostatnim akcie wrócić na scenę i ponownie podbić świat. Wszystko okraszone oczywiście kontrowersjami, scenami orgii na backstage'u, a może nawet osobistymi tragediami głównych bohaterów.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zgadniesz film po bohaterze?
1 / 15 Z jakiego filmu jest ten mężczyzna?
Taki schemat zadziałał choćby w "Brudzie", filmowej biografii Motley Crue. Zgodnie z tytułem, dostaliśmy tam sporo naprawdę "brudnych" scen. Sami bohaterowie nie byli postaciami krystalicznymi. Brak ugrzecznienia całości przez Netfliksa sprawił, że dostaliśmy pełnokrwistą opowieść, do której chce się wracać.
Kolejny przykład? "Władcy chaosu", ekranizacja historii zespołu Mayhem. Tym razem dostajemy opowieść o zagubionych młodych ludziach, którzy traktują swoją twórczość jako histeryczny głos rozpaczy i nierzadko wołanie o pomoc oraz zainteresowanie reszty społeczeństwa. To jeden z najbardziej dramatycznych filmów o metalowej scenie muzycznej ostatniej dekady. I ponownie: otrzymujemy tu pełnokrwiste postaci i naprawdę sporo dramaturgii.
To przykłady pozytywne. Są i negatywne. "Gwiazda rocka" z Markiem Wahlbergiem. Fabuła jest mocno inspirowana historią Tima "Rippera" Owensa, który był wokalistą tribute bandu Judas Priest, a następnie został prawdziwym frontmanem u boku idoli. Tu motyw rockowego Kopciuszka przebija się zdecydowanie mocniej. Tyle że całość jest już nudna i przerysowana.
"Bohemian Rhapsody", czyli o tym, jak nie ekranizować biografii gwiazd rocka
I właśnie "Bohemian Rhapsody" bliżej jest tej produkcji. A przecież każdy, kto choć trochę zna historię "Królowej", wie, że film mógłby być bliższy "Brudowi" niż "Rock Star". Co zawodzi? Przede wszystkim to, że muzycy Queen nie są tu pełnoprawnymi postaciami. To wręcz pewne archetypy. Szczególnie Brian May, który został tu przedstawiony jako gitarowy mędrzec, który wszystko wie najlepiej i jest fundamentem grupy.
Freddie Mercury to ten prawdziwy artysta, zagubiony, nie do końca zrozumiany przez resztę. No ale z pewnością najbardziej utalentowany. A pozostali muzycy, Roger Taylor i John Deacon? Jakoś nieszczególnie rzucają się w oczy.
Na tym jednak problemy się nie kończą. Bo wraz z wypchanymi watą postaciami dostajemy nudną fabułę, trzymającą się sztywno schematu, wedle którego "powinno" kręcić się takie filmy. Brak tu po prostu zabawy formą, kontrowersji i czegokolwiek, co sprawiłoby, że widz mógłby spojrzeć na bohaterów nie jak na postaci z papieru, ale po prostu ludzi. A przecież choćby słynne imprezy wokalisty Queen mogłyby pokazać widzowi jego upadek i popadnięcie w hedonizm. Jasne, w filmie pojawia się ten wątek, ale to tylko namiastka tego, do czego artysta był zdolny.
I wreszcie Rami Malek. Tak, wiem, że charakteryzacja sprawiła, że wyglądał na planie podobnie do Mercury'ego. Tyle że co z tego skoro jego gra bywa przerysowana, a wręcz karykaturalna. Nie wiem, za co ten Oscar (zresztą nie tylko ja).
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Co działa? Muzyka! Przykładowo sceny pokazujące, jak zespół pracuje nad tytułowym utworem. I przede wszystkim wieńcząca całość scena koncertu na Wembley. To wtedy twórcy pokazują potencjał swojego pomysłu na tę ekranizację. Takich momentów jest tu jednak za mało. Nie wspominając, że z przepastnej dyskografii Queen sięgnięto tylko po te najbardziej znane hymny.
Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?
"Bohemian Rhapsody" jest więc zbyt ugrzecznioną i miałką wersją opowieści o jednym z największych zespołów rockowych świata. Oglądając ten film trudno właściwie pojąć, jak to się stało, że to właśnie Mercury i jego koledzy stali się tak wielcy.
Wiem, że film ten pokochali widzowie. Krytycy już jednak zdecydowanie mniej, co pokazuje wynik na Rotten Tomatoes: 60 pozytywnych recenzji i aż 85 procent pochlebnych opinii publiki. Świetnie całość podsumował choćby Karel Veselý, który na łamach "Krytyki politycznej" napisał, że "ćwierć wieku po śmierci Mercury'ego twórcy 'Bohemian Rhapsody' wybrali z jego spuścizny tę najbardziej ułożoną, można powiedzieć niemal drobnomieszczańską wersję, która jeden z największych rockowych zespołów w historii zmienia w magiczne, baśniowe stworzenie".
Pozostaje mieć nadzieje, że doczekamy się jeszcze innej, ale pełnokrwistej wersji tej opowieści. O tym, że można inacze przekonał wszystkich Dexter Fletcher. Jak pisaliśmy w naTemat, jego "Rocketman", świetny film o Eltonie Johnie, potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy nigdy nie zaliczali się do fanów muzyka, bo twórcy nie uciekali tam od uzależnień i trudnych relacji rodzinnych. W naTemat wybraliśmy też pięć udanych biografii muzycznych, które są lepszy niż hitowy "Michael" o Królu Popu.




