Senator Krzysztof Kwiatkowski
Senator chce znaków na OPP, a ludzie piszą mu, że to dla "piratów drogowych". Serio? Fot. Facebook.com / Krzysztof Kwiatkowski

Senator Krzysztof Kwiatkowski podał niedawno, że będzie wnioskował o informowanie o ograniczeniu prędkości na znaku o rozpoczęciu odcinkowego pomiaru prędkości albo bezpośrednio obok. Wiele osób z radością przyjeło ten pomysł, ale pojawił się też hejt, w który trudno mi uwierzyć.

REKLAMA

Kiedy zobaczyłem najnowszy wpis, który na Facebooku opublikował senator Krzysztof Kwiatkowski, miałem mieszane odczucia. Z jednej strony pomyślałem: "wreszcie ktoś tam na górze poszedł po rozum do głowy".

Z drugiej jak poczytałem niektóre komentarze, że to "ukłon w stronę piratów drogowych", to ogarnęła mnie irytacja. Dlaczego? Musieliśmy czekać tak długo, żeby ktoś wreszcie zaczął głośno mówić o absurdzie, który każdego dnia doprowadza do szału tysiące polskich kierowców, a niektórzy z nich (a może to nie kierowcy) hejtują to? Serio? O tym hejcie pisze też sam Kwiatkowski. No to może trochę wyjaśnię o co chodzi.

O co w ogóle cała ta afera? Chodzi o nieszczęsny odcinkowy pomiar prędkości i to, w jaki sposób u nas w kraju oznacza się wjazd na strefę, gdzie kamery skrupulatnie i do jednego kilometra na godzinę liczą nam średnie tempo jazdy.

Kierowcy hamują "na zapas". To jest istny drogowy koszmar

Wyobraźcie sobie typową sytuację z pierwszej lepszej polskiej trasy. Jedziecie płynnie drogą ekspresową, ruch jest spory, ludzie starają się trzymać te licznikowe 120 km/h. I nagle, dosłownie jak za dotknięciem jakiejś magicznej różdżki, na prawym i lewym pasie rozpoczyna się festiwal panicznego deptania po hamulcach.

Dlaczego? Bo na horyzoncie mignęła niebieska tablica, czyli słynny znak D-51a, który informuje nas wszystkich, że właśnie wjeżdżamy pod nadzór OPP (odcinkowego pomiaru prędkości).

Problem w tym, że nasz piękny, urzędowy znak nie mówi kierowcom jednej, absolutnie kluczowej rzeczy: ile właściwie można na tym konkretnym odcinku jechać?! Oczywiście, prawdziwy, bezbłędny mistrz kierownicy zawsze pamięta, jaki znak minął pięć kilometrów wcześniej.

Ale bądźmy ludźmi. Jeżdżę naprawdę dużo, testuję nowe auta w najróżniejszych warunkach i uwierzcie mi, że na naszych, gęsto naszpikowanych znakami i ciągłymi zmianami limitów drogach, bardzo łatwo jest się po prostu pogubić.

W efekcie kierowcy, wręcz przerażeni wizją tego, że za chwilę wpadnie im pocztą srogi mandat za prędkość, zwalniają "na zapas". Jadą 70 km/h tam, gdzie swobodnie można "setkę". Tworzą się gigantyczne zatory, nerwy puszczają w ułamku sekundy, ktoś z tyłu trąbi, inny niecierpliwie miga długimi.

Zamiast płynności i mitycznego bezpieczeństwa, mamy potężny chaos i groźne sytuacje, bo różnica prędkości między autami drastycznie rośnie. To właśnie tę drogową patologię w punkt zdiagnozował senator Kwiatkowski.

Krzysztof Kwiatkowski z banalnie prostym rozwiązaniem

Rozwiązanie, które postuluje Krzysztof Kwiatkowski, jest tak genialne w swojej totalnej prostocie, że aż boli, że nikt z drogowców nie wpadł na nie od samego początku. Polityk oficjalnie apeluje o zmianę oznakowania w taki sposób, aby na znaku informującym o rozpoczęciu pomiaru (lub jako dodatkowa tablica tuż pod nim) widniała jednoznaczna, duża i czytelna informacja o tym, jakie konkretnie ograniczenie prędkości nas tu obowiązuje.

Chcesz, żeby ludzie jechali płynnie i nie tamowali ruchu? To daj im jasny, bezpośredni komunikat: "Uwaga, pomiar. Masz jechać max 90 km/h". Tyle. I aż tyle. Zmotoryzowany obywatel dostaje w jednym miejscu dwie najważniejsze informacje naraz.

Nie musi gorączkowo zgadywać, czy tu obowiązuje jakiś wymysł związany z terenem zabudowanym, pobliskim węzłem, czy może jakimś niewidzialnym niebezpiecznym zakrętem.

Prawda jest taka, że to jedno, kosmetyczne posunięcie zlikwidowałoby to ciągłe, profilaktyczne hamowanie, które codziennie psuje krew wszystkim podróżującym po Polsce.

Niestety, żyjemy w rzeczywistości, w której przepisy drogowe i standardy oznakowania tworzą chyba ludzie poruszający się na co dzień wyłącznie prywatnymi helikopterami. Co najzabawniejsze, tego typu logiczne postulaty zgłaszano w przestrzeni publicznej już wcześniej. I co? I wielkie nic.

Ministerstwo Infrastruktury do tej pory jakoś nie paliło się do tego typu "rewolucji", zasłaniając się m.in. tym, że przecież dla aut osobowych są inne limity, a dla ciężarowych inne, więc znak stałby się nagle "nieczytelny".

Serio? Naprawdę w XXI wieku nie da się postawić miniatury znaku z limitem z dopiskiem dla osobówek? W innych kwestiach, często kompletnie nieistotnych, potrafimy stawiać przy naszych drogach całe lasy gigantycznych, wielokolorowych tablic, a tu mamy nagle problem architektoniczny z jedną prostą liczbą.

No i ten hejt...

No i na koniec wspomniany hejt na Kwiatkowskiego. Naprawdę uważacie, że to ukłon w stronę pirata drogowego? Przecież w duzym uproszczeniu zadaniem państwa jest informowanie obywatela na drogach. Skoro stawia element prewencji, jakim jest OPP, no to powinien tez poinformować o ograniczeniu prędkości na danym odcinku.

A pirat drogowy nawet jak będzie chciał złamać ten limit, to czy on ma ten znak, czy go nie ma, to i tak będzie gnał na złamanie karku. To oznakowanie dla tych, którzy przestrzegają limitów. Ułatwienie, podpowiedź, przypomnienie, a nie przyzwolenie, na łamanie prawa. Ten OPP nadal tam będzie i będzie spełniał swoją rolę.

Nie mam zielonego pojęcia, czy ten nagłośniony teraz w social mediach apel zdoła ostatecznie przebić urzędniczy beton. Ale trzymam za niego mocno kciuki.