Odcinkowy pomiar prędkości
Pułapka na odcinkowym pomiarze zostaje. Fot. Shutterstock

Nadmierna prędkość to druga najczęstsza przyczyna wypadków w Polsce zaraz po wymuszeniu pierwszeństwa. Dlatego słusznie, że państwo z tym walczy i montuje odcinkowe pomiary prędkości. Kierowcy chcieli jednak, żeby systemy były inaczej oznakowane, ale Ministerstwo Infrastruktury właśnie pokazało im środkowy palec.

REKLAMA

Odcinkowy pomiar prędkości (OPP) stał się prawdziwym postrachem polskich kierowców i najskuteczniejszą bronią w rękach Generalnej Inspekcji Transportu Drogowego. Tylko w samym 2025 roku te niepozorne urządzenia na żółtych masztach zrobiły aż 470,5 tysiąca zdjęć.

To porażająca liczba, ale mam nadzieje, że zadziała to prewencyjnie. Problem w tym, że system często działa jak zasadzka przez chaos informacyjny na drodze, przez który tysiące Polaków dostaje mandat z fotoradaru zupełnie nieświadomie. Kierowcy błagali o prostą zmianę, która ukróciłaby ten absurd. Ministerstwo Infrastruktury odmówiło. O co dokładnie chodzi? Już wyjaśniam.

Znak D-51a, czyli wielka niewiadoma na polskiej drodze

Pomyślcie o tej sytuacji: jedziecie trasą szybkiego ruchu, nagle nad drogą pojawia się niebieska tablica D-51a z symbolem dwóch samochodów i napisem "Automatyczna kontrola średniej prędkości". Noga automatycznie wędruje z gazu na hamulec. I w tym momencie w głowie zapala się czerwona lampka: "Zaraz, a ile ja właściwie mogę tutaj jechać?".

Oto największy paradoks polskich dróg. Znak informacyjny o OPP stoi precyzyjnie na początku strefy pomiarowej. Ale znak ograniczenia prędkości (B-33)? O, ten potrafił zostać ustawiony dwa, pięć albo i dziesięć kilometrów wcześniej, tuż za jakimś węzłem, i zdążyliście już o nim dawno zapomnieć.

Na autostradzie czy ekspresówce standardowe limity (140 i 120 km/h) wydają się oczywiste, ale drogowcy uwielbiają je bezlitośnie obniżać z powodu "geometrii drogi", "hałasu" albo "ochrony środowiska". Kiedy wjeżdżasz w odcinkowy pomiar prędkości, nikt ci już nie przypomni, czy aktualny limit to 120, 100 czy może 90 km/h.

Potwierdzają to zresztą twarde dane statystyczne od CANARD. W minionym roku aż 57,9 procent wszystkich ujawnionych wykroczeń stanowiły przekroczenia prędkości o niespełna 20 km/h. To nie są piraci drogowi w czarnych limuzynach, którzy pędzą na złamanie karku. To w większości zwykli, zdezorientowani kierowcy, którzy po prostu pomylili obowiązujący na danym odcinku limit.

Kierowcy chcieli tylko jednej tabliczki

Środowiska kierowców wyszły więc z genialnym w swojej prostocie i całkowicie bezkosztowym postulatem. Skoro i tak stawiamy maszty i wieszamy na nich wielkie, niebieskie tablice informujące o kontroli, to dlaczego nie umieścić tuż pod nimi lub obok małego okrągłego znaku B-33 z konkretną liczbą?

Wjeżdżasz w OPP, widzisz czarno na białym: 100 km/h, jedziesz bezpiecznie i zgodnie z przepisami. Proste? Dla każdego logicznie myślącego człowieka tak. Ale nie dla urzędników.

W sprawę zaangażował się poseł Tomasz Głogowski, który złożył w tej sprawie oficjalne zapytanie do resortu infrastruktury. I jak informuje serwis Otomoto, parlamentarzysta właśnie dostał odpowiedź, która nie pozostawia złudzeń. Urzędnicy ucięli temat krótko: żadnych dodatkowych znaków nie będzie.

Dlaczego? Argumentacja ministerstwa to wyższy poziom urzędniczej ekwilibrystyki. Po pierwsze, resort twierdzi, że na odcinkach objętych pomiarem nie obowiązują żadne "specjalne zasady", a kierowca ma obowiązek znać przepisy ruchu drogowego i pamiętać znaki ustawione wcześniej.

Po drugie, wepchnięto tu tradycyjny frazes o bezpieczeństwie: "Ograniczenia trzeba respektować zawsze, a nie tylko tam, gdzie stoi sprzęt pomiarowy". No i hit na koniec, czyli techniczna czytelność. Zdaniem ministerstwa, gdyby pod znakiem D-51a chcieć umieścić ograniczenia dla różnych typów pojazdów (bo przecież ciężarówki i auta z przyczepami mają inne limity), na drodze powstałby informacyjny śmietnik, który rozpraszałby kierowców.

I nie to, że nie zgadzam się z kwestią bezpieczeństwa i tym, że kierowca musi znać przepisy drogowe. Oczywiście to niezparzeczalnie jest kluczowe. Ale prawo powinno być po to, żeby ułatwiać życie obywatelowi, a nie je utrudniać.

Czy państwo naprawdę nie mogłoby pomóc kierowcy i przypomieć mu, z jaką prędkością ma jechać? A argument o technicznej czytelności? Na pewno niejeden kierowca przytoczy tutaj wiele odcinków dróg w Polsce, gdzie stoi znak na znaku i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Paraliż na trasie i ratunek w aplikacjach

Efekt uporu urzędników będzie dokładnie taki sam, jak do tej pory, a system nadal będzie zarówno batem, jak i pułapką na kierowców. Każdy z nas widział to na własne oczy wielu takich, którzy ze strachu przed niewiedzą zwalniają na pomiarze odcinkowym do 70 km/h na drodze, gdzie spokojnie można jechać "setką".

Tworzą się przez to sztuczne zatory, rośnie frustracja, a o jakimkolwiek płynnym ruchu można zapomnieć. Wszystko w imię walki z mitycznym "rozpraszaniem kierowców dodatkowym znakiem".

Skoro państwo ma obywatela głęboko w poważaniu, musimy radzić sobie sami. Tradycyjne znaki drogowe zawodzą, więc kierowcom pozostaje technologia. Pierwsza opcja to fabryczne systemy rozpoznawania znaków za pomocą kamer pokładowych, choć umówmy się, w zimowych warunkach albo przy gęstej ulewie potrafią one pokazać całkowite bzdury. Poza tym czasami zczytują znaki z plandek TIRów.

Czytaj także:

Niezmiennie najlepszym batem na urzędniczą bezduszność pozostaje sprawdzona, polska nawigacja GPS. Aplikacje, które nie tylko na bieżąco aktualizują obowiązujące ograniczenie prędkości, ale w czasie rzeczywistym wyliczają naszą średnią prędkość na danym odcinku.

Smartfon na uchwycie robi dokładnie to, czego z lenistwa lub czystej złośliwości odmówiło nam ministerstwo. I dopóki urzędnicy będą traktować OPP jako łatwy sposób na reperowanie budżetu, a nie narzędzie do edukacji, bez dobrej aplikacji w telefonie lepiej na polskie drogi w ogóle nie wyjeżdżać.