Robert De Niro w "Szeptaczu"
Nowy film Netfliksa mógł być dobrą produkcją. Zmarnowano potencjał Fot. materiały prasowe

"Szeptacz" w założeniu miał być świetnym thrillerem. Mamy tu i gwiazdorską obsadę, i bestsellerową książkę. Wystarczyło to wszystko sprawnie nakręcić, dopracować scenariusz i wyszłoby naprawdę solidne kino, a nie tylko mizerny hit Netfliksa. Niestety, stało się inaczej.

REKLAMA

W ocenie szeroko pojętej kultury warto wziąć pod uwagę kontekst, czyli to, kiedy dany film czy album muzyczny powstał. Dlaczego to ważne? Chodzi bowiem o oryginalność i o to, czy dany twórca korzysta ze zgranych klisz, czy może jednak tworzy coś świeżego. To właśnie na tym polu "Szeptacz" w reżyserii Jamesa Ashcrofta wypada najsłabiej.

"Szeptacz", czyli weźmy pomysły z dwóch filmów i zobaczmy, co się stanie

Scenariusz nowego hitu Netfliksa intryguje. W mieście pojawia się owdowiały autor kryminałów Tom Kennedy (Adam Scott). Wynajmuje dom, w którym zamieszkuje wraz ze swoim małym synem, Jakiem (Acston Luca Porto). W tym samym czasie w okolicy grasuje morderca, który zabija swoje ofiary w podobny sposób, jak robił to odsiadujący wyrok Frank "Szeptacz" Carter (Michael Keaton). Nagle Jake znika. Jego ojciec stara się dowiedzieć, co dokładnie się stało. Śledztwo prowadzi we współpracy z agentką Amandą Beck (Michelle Monaghan) i swoim ojcem, emerytowanym policjantem Peterem Willisem (Robert DeNiro), który przed laty schwytał Cartera.

Scenariusz na podstawie powieści "Szeptacz" Alexa Northa sugeruje mroczne kino kryminalne. Problem polega na tym, że twórcy starają się nieudolnie zachwycić widza za pomocą zgranych i znanych od dawna schematów.

Przecież sam opis przywołuje na myśl wspaniały "Labirynt" z 2013 r., w którym błyszczeli Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal. W obu filmach głównym motywem jest zaginięcie dziecka (w "Labiryncie" były to dwie dziewczynki, w "Szeptaczu" – chłopiec). Niestety, o ile w słynnym kryminale Denisa Villeneuve'a widz niemal przy każdej scenie czuł stawkę i frustrację głównych bohaterów, tak w netfliksowej produkcji jest z tym wyraźny problem.

"Labirynt" to jednak niejedyny trop. W pewnym momencie nasi bohaterowie udają się do więzienia, by poprosić o pomoc w śledztwie samego Szeptacza. Trudno o bardziej zgraną kliszę, która ma swoje korzenie w kultowym "Milczeniu owiec" i obecnie bywa w kinie już bardziej parodiowana niż stosowana w udany sposób. Nie inaczej jest tutaj. Choć naszym nowym Hannibalem Lecterem miał zostać Keaton, który w tej roli wypada dość przekonująco, w pojedynku z Anthonym Hopkinsem zdecydowanie przegrywa.

Dalsza część artykułu poniżej.

Dobra gra aktorska, ale brakuje geniuszu

Niemal wszyscy aktorzy wypadają tu dobrze (może poza znudzonym DeNiro), ale jednocześnie nie potrafię wskazać jakiejś wybitnej roli. Podobnie jest z reżyserią, zdjęciami i muzyką. Wszystko jest tu przeciętne.

Większy problem mam jednak ze scenariuszem, który zawiera parę głupotek, które naprawdę trudno wyjaśnić. A to doświadczona agentka policji zachowuje się naiwnie i nieprofesjonalnie, a to inna z postaci dziwnie reaguje na wiadomość, która powinna ją przerazić i sprowokować do natychmiastowego działania (wybaczcie brak konkretów – nie chce zdradzać wiele z fabuły). Nie wspominając o cringe'owym finale, który sprawia, że mam nadzieję, że nie doczekamy się sequela.

Nie jest oczywiście też tak, że "Szeptacz" jest szczególnie zły i nieudany. To po prostu typowy filmowy średniak, oparty na zgranych patentach i schematach scenariuszowych. Całość miała potencjał, ale nie został on wykorzystany. Otrzymaliśmy od Netfliksa przeciętne kino, które w latach 90. trafiłoby na kasety VHS lub było puszczane w ramach serii "Super Hit" Polsatu.

Netflix ma problem

Platforma od dawna zmaga się z problemem masowej produkcji contentu, która negatywnie wpływa na jego jakość. Jak pisaliśmy w naTemat przy okazji innej wpadki, "Morderczy żywioł" był typowym efektem ubocznym "masówki", jaką streamingowy gigant przygotowuje co roku. Nie inaczej było z hitowym "Ostatnim domem".

Dla porównania warto sięgnąć po naprawdę dobre filmy w bibliotece platformy (tym razem nie są to produkcje oryginalne Netfliksa). Jak pisaliśmy w naTemat, thrillerem z jednym z najlepszych twistów w historii jest "Tożsamość". Film Jamesa Mangolda z 2003 roku wciąż rozwala głowę, bo pokazuje, jak budować napięcie bez łopatologicznego tłumaczenia widzowi każdego zwrotu akcji. Innym przykładem jest "Negocjator" z 1998 roku z Samuelem L. Jacksonem i Kevinem Spaceyem – jazda bez trzymanki, w której aktorzy zmiotą was z planszy.