James Hetfield, stonesi, w tle koncert
3 zespoły, które działały po stracie kolegi z grupy. Foto: Ben Houdijk, Gallks, Debby Wong/Shutterstock

Kilka dni temu na rynku pojawiła się nowa płyta grupy Mastodon – pierwsza nagrana w nowym składzie, bez gitarzysty Brenta Hindsa, uważanego za główną siłę napędową formacji. Okazuje się, że wydany bez niego album bardzo przypadł fanom do gustu. Przyjrzyjmy się 3 innym zespołom, które podniosły się po utracie kluczowego muzyka.

REKLAMA

Brent Hinds odszedł z Mastodona w 2025 r. Kilka miesięcy później zginął w wypadku motocyklowym. Choć uchodził za główną siłę twórczą zespołu, nowy album formacji "Marrow Deep", zarejestrowany już bez niego, okazał się bardzo udany. Jakie inne grupy podniosły się po utracie ważnego muzyka? Były ich co najmniej trzy.

Metallica, czyli można tworzyć świetne kompozycje bez Cliffa Burtona

Jednym z oczywistych przykładów zespołu, który stracił kluczowego członka, a jednak potrafił się podnieść i odnosić dalsze sukcesy, jest Metallica. W 1986 r. grupa promowała w Europie swój album "Master of Puppets". Niestety 27 września autokar, którym muzycy podróżowali, wpadł w poślizg. W wypadku zginął basista Cliff Burton, będący jednym z kluczowych kompozytorów z grupie.

Jego koledzy do dziś wspominają w wywiadach, jak duży wpływ Burton miał na ich myślenie o muzyce i jak ogromną muzyczną wiedzą mógł się pochwalić. Wystarczy dodać, że był współkompozytorem m.in. "For Whom the Bell Tolls", "The Call of Ktulu", "Master of Puppets" czy "Orion" – najwspanialszych utworów na pierwszych płytach "Mety".

Po tragicznej śmierci zespół zaprosił do współpracy basistę Jasona Newsteda i już z nim nagrał najbardziej zaawansowany technicznie album w swojej dyskografii, "...And Justice For All", by po trzech latach podbić cały świat "Black Albumem". Następnie Metallica zaczęła odważnie eksperymentować z southern rockiem, nagrywając m.in. mocno niedoceniony album "Load".

W kolejnych latach nagrała jeszcze także interesujące pod kątem muzycznym, ale odrzucane do dziś przez konserwatywnych fanów "St. Anger" i "Lulu" (o czym pisaliśmy w tekście 3 płyty Metalliki, których fani nie docenili). Z kolei ostatni krążek to już powrót do korzeni – "72 Seasons" z 2023 roku brzmi jak ich stare albumy.

Burton zapewne mocno inspirował Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha na początku ich artystycznej drogi, ale i bez niego byli w stanie nagrać wiekopomne wydawnictwa. Mało tego, moim zdaniem jego obecność w składzie mogłaby nawet sprawić, że szybciej złagodziliby swoje brzmienie. Basista nie był bowiem zatwardziałym fanem metalu. Z jednej strony fascynowała go muzyka klasyczna, z drugiej – punk w wydaniu The Misfits.

Dalsza część artykułu poniżej.

The Rolling Stones działają dalej bez Briana Jonesa

The Rolling Stones to ciekawy przykład zespołu, który stracił jednego ze swoich założycieli i kluczowych muzyków, ale nie tylko przetrwał, lecz wszedł w kolejny etap swojej kariery.

Najpierw krótka lekcja rockowej historii. W maju 1962 r. gitarzysta Brian Jones rozpoczął poszukiwania muzyków, z którymi chciał założyć zespół. Mniej więcej w tym czasie poznał wokalistę Micka Jaggera, gitarzystę Keitha Richardsa i basistę Dicka Taylora. Skład uzupełnił perkusista Tony Chapman. 12 lipca 1962 r. muzycy zagrali swój pierwszy koncert w Marquee Club jako "Rollin' Stones".

Jones nie uniósł jednak ani sławy, a już tym bardziej męczących konfliktów w samym zespole, z którego odszedł w 1969 roku, a wkrótce potem zmarł. Został znaleziony martwy w basenie w swoim domu. Jego znaczenie dla Stonesów było ogromne: początkowo to głównie on udzielał wywiadów i miał największy wpływ na twórczość grupy.

Po jego odejściu Jagger i Richards zdecydowali się działać dalej. Już kilka miesięcy później wydali "Let It Bleed", jeden z najlepszych swoich krążków (Jones zagrał tu w "You've Got the Silver" na cytrze i "Midnight Rambler" na kongach). Kropkę nad "i" w kwestii tego, że poradzą sobie bez Jonesa, Stonesi postawili na "Sticky Fingers". Do dziś pozostają największymi gwiazdami rocka.

Alice in Chains bez Layne'a Staleya, czyli Alicja zrywa łańcuchy przeszłości

W 2002 r. muzycy Alice in Chains stanęli przed wielkim wyzwaniem: ich kolega z zespołu, wokalista Layne Staley, zmarł po przedawkowaniu narkotyków. Jego charakterystyczny, mroczny głos był jednym z elementów definiujących styl grupy. Bez niego dalsze jej funkcjonowanie mogło wydawać się bez sensu.

A jednak w 2006 roku do zespołu dołączył William DuVall, który przejął obowiązki wokalisty. Wraz z nim muzycy nagrali solidne albumy "Black Gives Way to Blue", "The Devil Put Dinosaurs Here" i "Rainier Fog".

Grupa zachowała swoje charakterystyczne, melancholijne brzmienie, jednocześnie nadając mu nowy, cięższy wymiar. Sam DuVall nie starał się na siłę śpiewać jak jego poprzednik, wnosząc do twórczości grupy nową energię. Jak pisaliśmy w naTemat, niektórym zespołom zmiana wokalisty faktycznie wychodzi na dobre.