kurt cobain
3 kultowe płyty rockowe milenialsów. 30- i 40-latkowie wciąż do nich wracają Mat. prasowy

Milenialsi wychowali się m.in. na rocku przełomu lat 80. i 90. Które płyty z tego gatunku wywarły na nich największe wrażenie? W tym tekście przypomnimy trzy z nich. Zastanowimy się też, czy słusznie są uznawane za najlepsze.

REKLAMA

"Nevermind" Nirvany, "Ten" Pearl Jam i "Violator" Depeche Mode – co łączy te wszystkie płyty? Są kultowe dla obecnych 30- i 40-latków. Dlaczego i czy faktycznie są aż tak dobre?

Nirvana nagrywa "Nevermind" i zmienia oblicze rocka

Szczerze? Nirvana ma w swojej dyskografii choćby jedną lepszą płytę, "In Utero". Sam stawiam ją zdecydowanie ponad "Nevermind". Tyle że to ten ostatni album sprawił na samym początku lat 90., że rock ponownie stał się wielki. Zespół połączył punkową prostotę, ciężkie gitarowe brzmienie i bardzo chwytliwe melodie, do tego pobawił się tonacjami, choćby w "Smells Like Teen Spirit", który porwał tłumy. I to mimo tego, że miał w sobie brud, agresję i energię undergroundu.

Skąd bierze się jednak kultowość tego nagrania? W latach 80. dominował jeszcze hair metal, ale ciekawsze rzeczy działy się w podziemiu: czy to thrashmetalowym, czy tym związanym z zespołami, które następnie były zbiorczo nazywane grunge'owymi. Niespodziewany sukces drugiej płyty Nirvany sprawił, że ta niedoceniana muzyka nagle stała się modna.

Nie można też nie docenić postawy samego Kurta Cobaina, która kontrastowała z "pozerstwem" muzyków Bon Jovi czy Motley Crue. Lider Nirvany był szczery w swoim przekazie i autentyczny. I chodziło mu o coś więcej niż tylko robienie kariery.

Pearl Jam korzysta na sukcesie Nirvany?

Można byłoby uprościć fenomen muzyków Pearl Jam i powiedzieć, że jedynie poszli za ciosem i skorzystali na sukcesie Nirvany. Byłoby to jednak krzywdzące. "Ten", debiut zespołu, jest równie ważny jak "Nevermind", ale działa na trochę innych zasadach. Tu też mamy mroczny klimat, ale same utwory grupy są bliższe czystszym rockowym kompozycjom. Tam, gdzie Nirvana sięgała po punka, tam Pearl Jam inspirował się klasyką gatunku.

Największą siłą zespołu w tym okresie był Eddie Vedder. Jego głos był potężny, ale jednocześnie pełen bólu. Zresztą najlepiej słychać to w "Jeremy", który kończy opętańczy krzyk rozpaczy wokalisty.

Podobnie jednak jak Nirvana, grupa odrzucała rockową pozę lat 80. Zamiast perfekcyjnych fryzur, ekstrawaganckich strojów i popisów technicznych pojawiły się zwykłe ubrania, szczerość, frustracja i poczucie zagubienia. Wszystko to świetnie rezonowało z ówczesną publiką.

Depeche Mode i ich "metalowa płyta"

Nieco dla kontrastu – choć trochę pozornego – w tym zestawieniu przyjrzyjmy się też Depeche Mode i ich płycie "Violator" z 1990 roku. Dlaczego piszę: "pozornego"? Otóż "Depesze" zrobili coś podobnego, co ich koledzy ze sceny grunge – wprowadzili do modnego wtedy, mainstreamowego rocka więcej mroku i dojrzalszych tekstów. I tak, świadomie piszę "rocka", gdyż na tym etapie zespół stał się w sporej mierze rockowy. Choć oczywiście Depeche Mode to swoisty fenomen – grupa, która ma swoją subkulturę.

W "Personal Jesus", "Enjoy the Silence" czy "Policy of Truth" muzycy połączyli syntezatory, elektronikę, industrialne brzmienia i rockową energię. Do tego doszły ambitne, introspektywne teksty, także rezonujące z ówczesnymi nastolatkami.

Warto dodać, że w tym okresie zespół wyraźnie odszedł też od swoich "lekkich" korzeni, stając się formacją, którą mogliby pokochać nawet metalowcy. Sam tytuł – "Violator" – brzmi tak, jakby został podkradziony jakieś thrashmetalowej formacji końca lat 80. Zresztą jeden z największych hitów grupy, "I Feel You" (z płyty "Songs of Faith and Devotion"), scoverowała nasza polska gwiazda death metalu, Vader.

Dalsza część artykułu poniżej.

Kultowe płyty milenialsów są kultowe nie bez powodu

Dlaczego wszystkie te trzy płyty są dziś kultowe? Nie tylko dlatego, że zawierają wielkie przeboje, ale dlatego, że zmieniły sposób, w jaki zaczęliśmy myśleć o muzyce popularnej na przełomie lat 80. i 90. Depeche Mode szerzej otworzyli drzwi elektronice, Nirvana zniszczyła stereotyp rockowej gwiazdy, a Pearl Jam udowodnili, że klasyczny rock może zostać odświeżony i ponownie porywać tłumy.

Warto przy tym pamiętać, że komercyjny sukces nie zawsze idzie w parze z artystyczną wartością. Jak pisaliśmy w naTemat, Black Album to najsłynniejsza płyta Metalliki, ale też i najbardziej przereklamowana – i to mimo tego, że powstała dokładnie w tym samym momencie, co opisywane tu albumy.

Dla porównania, prawdziwie bezkompromisowe brzmienie tamtej epoki definiowały zupełnie inne kapele. 3 płyty Slayera, które trzeba odpalić na cały regulator, wyznaczały granice ekstremy, gdy "Depesze" flirtowały z mrokiem w bardziej przystępnej formie.